Menu Zarezerwuj

Kariera

Ewelina Figiel

Dziewczyna za barem to egzotyczny widok 

Determinacja, talent i osobowość. Trzy słowa doskonale opisujące Ewelinę Figiel, barmankę z baru Loreta w warszawskim hotelu PURO. Jako kobieta za barem, przyzwyczajona jest do przebijania się łokciami, ale po kilku latach robi to z gracją i podniesioną głową. 

 

Pamiętasz swój pierwszy dzień w PURO?

Pracę w PURO zaczęłam ponad 5 lat temu, od razu po szkole średniej. Pamiętam, że gdy weszłam do gdańskiego hotelu po raz pierwszy, oniemiałam. Wszystko mnie przytłaczało, było tak pięknie! Gdy ustawiałam bufety śniadaniowe, to głaskałam sztućce (śmiech). Wcześniej pracowałam w paskudnej pizzerii i londyńskim McDonaldzie, więc wrażeń estetycznych raczej brakowało! W sieciówce nie zagrzałam długo miejsca, ale była to dla mnie zdecydowanie szkoła życia. 

 

Jak znalazłaś się w Londynie? 

Wyjechałam tam z rodzicami będąc nastolatką. Uczyłam się w londyńskim technikum o profilu „Tourism and travel”. Londyn wszystkim kojarzy się z double-deckerami, czy uroczymi budkami telefonicznymi, a ja poznałam miasto z tej dużo gorszej strony. Mieszkaliśmy w Croydon, które kiedyś było oddzielnym miastem, a dziś jest dzielnicą mieszanki kulturowej, gdzie mieszka też wielu Polaków. Rodzice pracowali, ja musiałam znaleźć sobie szkołę. Jeździłam godzinę w jedną stronę, co i tak jest dobrym wynikiem jak na Londyn. W rok zdałam wszystkie egzaminy, na które inni uczniowie poświęcali często dwa, czy trzy lata. Po półtora roku jednak, wróciliśmy do Polski. 

 

Dziś jesteś rozpoznawalną barmanką, ale zaczynałaś na zupełnie innym stanowisku…

Tak, zaczynałam jako kelnerka śniadaniowa. Zmiana śniadaniowa trwała do popołudnia, codziennie rozmawiałam z wieloma gośćmi, a przez ręce przechodziło mi mnóstwo butelek. Goście zadawali pytania, na które często nie znałam odpowiedzi i źle się z tym czułam. Chciałam robić to, czego ode mnie oczekiwali i potrafić posługiwać się produktami, które mnie otaczały. Pamiętam jak przygotowywałam swoje pierwsze Negroni – trzęsły mi się ręce, a to przecież tylko trzy składniki. Zaczęłam więc poznawać bary w Trójmieście i ludzi z pasją, którzy pracowali za barem. Potem dowiedzieliśmy się, że otwiera się druga część PURO w Gdańsku i będzie cocktail bar na tarasie…

 

Pomyślałaś, że to może być szansa dla Ciebie? 

Tak, od razu zapragnęłam tam pracować. Powiedziałam o tym swojej ówczesnej przełożonej, która nie mogła w to uwierzyć. Dziwiła się: „Ewela, ty na barze?!”. Jej reakcja jeszcze bardziej mnie zmotywowała. Finalnie dostałam tę szansę i mogłam spełniać swoje marzenie o pracy barmanki. W INK Above nauczyłam się niemalże wszystkiego. Ludzie często nie wierzą, że tak krótko pracuję za barem. Niecałe cztery lata to bardzo mało, ale włożyłam w to mnóstwo serca, każdą wolną chwilę przeznaczałam na książki i pracę. 

 

Dziewczynie za barem jest trudniej? 

No jasne! Dziewczyna za barem to dla wielu bardzo egzotyczny widok. Niektórzy goście na mój widok pytali, czy mogą poprosić barmana. Bolało mnie to, chciałam im coś udowodnić, ścieraliśmy się. Panowie często myślą, że barmanka to obiekt, nad którym można się pastwić, więc kilka razy dałam im lekcję kultury (śmiech). Jestem przemiła, ale asertywna, bo to, że goście dobrze się bawią, to efekt uboczny mojej ciężkiej pracy. Mierziło mnie i kręciło jednocześnie, że kobiety za barem to taka trochę szara strefa. Jest to bardzo zauważalne, jak mało kobiet wykonuje ten zawód. Dziś już wiem dlaczego. To po prostu szalenie ciężka praca fizyczna, która wymaga ogromnej ilości poświęceń. Oczywiście są bary speakeasy, gdzie wszystko dzieje się powoli, szklanki maluje się farbami i dzieje się magia, ale warszawska Loreta, czy gdański INK Above to ogromne fabryki koktajli. Logistyka i świetna organizacja są tu kluczowe. 

 

Nie zniechęciło Cię to, że to taka harówka? 

Wiele razy dochodziłam do momentu wypalenia – byłam zmęczona, ciężko pracowałam po nocach, podczas gdy moi bliscy pracowali w dzień. Gdy oni wracali do domu, ja dopiero wstawałam do pracy, to było dołujące. Ale byłam zdeterminowana. Zawsze chciałam robić więcej niż musiałam. Lubię organizować, uczyć się, rozwijać. Gdy dowiedziałam się o nowym PURO w Warszawie, znowu zapaliła mi się lampka, bo to właśnie Warszawa jest sercem barmańskiego świata w Polsce. Tu są najlepsze bary, barmani, konkursy, szkolenia. Wiedziałam, że chcę tu być. 

 

I udało się! Czym zajmujesz się dziś w PURO Warszawa? 

Jestem bar team leaderem w Lorecie, czyli barze na 7. piętrze warszawskiego PURO. To już bardzo popularne miejsce na mapie Warszawy i przyznam, że trochę na to liczyłam przyjeżdżając tutaj. Goście pojawiają się tu przez cały dzień, od kawy czy herbaty, po szprycerki, dobre wino, ale też dla atmosfery, czy po prostu nietuzinkowego widoku. Mamy fajny, zgrany zespół, wszyscy tu jesteśmy młodymi ludźmi, więc pewne rzeczy dzieją się po raz pierwszy w naszym życiu. Być może dzięki tym podobnym doświadczeniom świetnie nam się współpracuje. 

 

Co najbardziej pociąga Cię w tej pracy? 

Dziś jest to interakcja z ludźmi, a kiedyś kreacja. Lubię tworzyć nowe rzeczy, pokazywać je ludziom. Wymyślać nowe formy, smaki, opracowywać przekąski do koktajli, co wbrew pozorom bywa dużym wyzwaniem. Staram się wykorzystywać każdy składnik w stu procentach, z pomidora oprócz soku, robię też czipsy, etc. To oczywiście zmienia się z czasem, bo na początku zabawy na barze chcesz robić najbardziej zwariowane rzeczy. Wymyślasz więc syropy o smaku oka traszki, ale później okazuje się, że ludzie wcale nie chcą tego pić, bo wolą różowe szprycery i mają do tego prawo! W życiu barmana chyba następuje taki moment, że zaczynasz pracować dla ludzi, a nie po to, aby ulżyć swoim ambicjom. 

 

A Ty co najdziwniejszego piłaś? 

Kiedyś piłam koktajl z czerniną, czyli zupą z krwi kaczki – zrobiono z niej syrop. Piłam też Collinsa z serwatką, która została po produkcji sera, szaleństwo. Barmani naprawdę bywają kreatywni, więc widziałam już dużo dziwactw, ale później już się z tym oswajasz i myślisz: „Kurczę, znowu wywar z ości? Chciałabym wino!” (śmiech). Zabawa ze składnikiem i możliwość produkcji własnych rzeczy jest fajna, ale ludzie w większości jednak wolą prostotę. 

 

Kto jest Twoim autorytetem barmańskim? Podpatrujesz kogoś?

Jest kilka miejsc, którymi się inspiruję, ale przyznam, że najbardziej stawiam na nasz bar. Może to zabrzmi sztampowo, ale mówię serio – inspirują mnie goście i ich życzenia określonych smaków. Ale też to, co widzę i co sama jem. 

 

Gotujesz w domu? 

Tak, gotuję dużo i chętnie, uwielbiam to robić. Jestem smakoszem, choć była to u mnie dość długa podróż. Na początku pracy nocnej zachłysnęłam się tym wszystkim, kończąc zmianę szłam na kebab i piwko. W krótkim czasie dużo przytyłam i bardzo źle się z tym czułam. Musiałam odnaleźć swoją drogę na nowo. Dziś dbam o to, co i gdzie jem, czy chleb jest na dobrym zakwasie, skąd pochodzą warzywa. Planuję gotowanie każdego dnia i cieszę się, że mogę zrobić coś, co komuś smakuje. Lubię restauracje, ale chyba większą frajdę sprawia mi grzebanie w pomidorkach i serach na Hali Mirowskiej. 

 

Jakie skarby jeszcze przynosisz z bazarku? 

Uwielbiam młode ziemniaczki, fasolkę szparagową, do tego zrobiłabym jeszcze mizerię i kurki w śmietanie – obiad idealny. A do picia białe wino, najlepiej z jakiejś polskiej winnicy. Interesuję się winami naturalnymi, takimi spontanicznymi, gdzie coś się dzieje. Lubię jak jest lekko kwaśne, sfermentowane, coś tam musuje… Pracuję na co dzień z Olgą Surdyk, która jest leaderką w Magari, ale jest też sommelierką z wielką pasją do win. Jeszcze w Gdańsku obsługiwałam ją i jej rodzinę, a dziś możemy razem pracować, wymieniamy się butelkami. Olga jeździ po całej Polsce i wybiera najciekawsze wina, zawsze o mnie pamięta. 

 

A Ty co robisz poza pracą? 

W Gdańsku zaczęłam sporo trenować, chciałam zaszczepić w sobie zdrowy styl życia. W Warszawie mam na to trochę mniej czasu, ale bardzo dużo gotuję, czytam i zwiedzam miasto. Mój ukochany jest stąd i odkrywa przede mną wszelkie walory tego miasta, spacerujemy sobie, włóczymy się. To super odskocznia, gdy Twój partner nie jest barmanem (śmiech). Nasze życie jest zupełnie normalne, domowe i bardzo to lubimy. 

 

Chciałabyś prowadzić kiedyś swój własny bar? 

Nie wiem czy akurat bar, chyba wolałabym gotować. Na pewno w mojej restauracji byłby jakiś fajny bar, pilnowałabym żeby zawsze było jakieś ciekawe wino dla gości, szprycery. Ale jest to odległa wizja, bo dziś jestem częścią super zespołu i jest mi dobrze. Gdy pomyślę o tym, że 5 lat temu wymieniałam sztućce na bufecie śniadaniowym, a dziś tworzę kartę, to jestem z siebie dumna. To budujące i na pewno na tym nie poprzestanę.