28.11.2016

PURO Travels: Zrozumieć Japonię

Po raz pierwszy postawiłam nogę w Tokio po ponad dwudziestu godzinach podróży. Wysiadłam z autobusu w Edogawie i zobaczyłam miasto, które natychmiast wyrwało mnie z mojej strefy komfortu. Uderzył mnie obcy zapach powietrza, inna architektura i to, że nie potrafię nic przeczytać. Dwa tygodnie spędzone w Japonii były dla doświadczeniem cierpliwego uczenia się świata na nowo. Nie rozumiałam znaków ani słów, gubiłam się na ciągnących się kilometrami stacjach metra, starałam się naśladować obce gesty i zachowania. Byłam sfrustrowana i zachwycona jednocześnie.

 

Gabinety osobliwości

Już pierwszego dnia pobytu w Tokio pojechałam do Akihabary – stolicy japońskiej popkultury i elektroniki. To tutaj odbywa się niekończący festiwal dziwnej, egzotycznej Japonii, który utrwalił się w kilku stereotypach opisujących cały kraj. Do klubów zapraszają cosplayerzy (przebrani w stroje z mangi i anime) i młode (niepokojąco młode) dziewczyny w kusych strojach pokojówek. Wśród kolorowych neonów, ekranów i świateł spotkać można fanów mangi i anime oraz tych, którzy spędzają długie godziny w wielopiętrowych centrach gier. Odwiedziłam jedno z nich o nazwie Taito Station. Mijałam fotobudki, UFO-catchery i automaty z grami video. W pewnym momencie kątem oka dojrzałam pluszowego Hatifnata, zamkniętego w maszynie do wyławiania maskotek. Zapominając o swoim wieku i funduszach, postanowiłam go zdobyć. Wokół mnie walczyli także inni – o kolekcjonerskie figurki postaci z anime, maskotki Pokemonów i śmieszne gadżety. Sama zrezygnowałam po kilku próbach, kierując swoje kroki w stronę Super Potato – raju dla fanów gier z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. To tam spędziłam większość swojej wizyty w Akihabarze. Grałam w Mario, jadłam zakupione na miejscu orzeszki i przyglądałam się z zaciekawieniem enigmatycznemu Japończykowi, który siedział wśród migających, hałaśliwych automatów, palił papierosa i najspokojniej w świecie czytał książkę.

 

 

Centrum kultu anime

Kilka dni później pojechałam na wycieczkę do Muzeum Ghibli, gdzie odkryłam i zaprzyjaźniłam się ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Założone w 2001 przez Hayao Miyazakiego, stanowi hołd dla sztuki animacji i kultowych produkcji Studia Ghibli. Zwiedzających przy wejściu wita wielki Totoro, z którym wszyscy robią sobie zdjęcia. To ostatnia taka okazja, bo fotografowanie wewnątrz Muzeum jest surowo zabronione. Bilety wyprzedają się w mgnieniu oka, więc moją wizytę musiałam zaplanować z miesięcznym wyprzedzeniem. Było warto – chodziłam po komnatach wypełnionych artefaktami ze „Spirited away”, oglądałam krótkometrażowy film o romansie pająka z nartnikiem i zwiedziłam przepiękną wystawę, która krok po kroku wyjaśniała mechanizm poklatkowej animacji. Zostałam do samego zamknięcia, włócząc się po sklepiku z pamiątkami i marząc, żeby jeszcze kiedyś pojechać tam znowu.

 

 

Kawiarnie... dla zwierząt!

Do kociej kawiarni nieopodal parku Yoyogi trafiłam zmęczona po całym dniu. Tokio zachwyca, ale też męczy i przytłacza. Ciche i przytulne kawiarnie ze zwierzętami oferują chwilę odpoczynku w towarzystwie sów, kotów, jeży, a nawet kóz. Są popularne nie tylko wśród turystów, a do wielu z nich trzeba zrobić wcześniejszą rezerwację. W moim przypadku wystarczyło kilka minut czekania w kolejce. Przed wejściem musiałam umyć ręce, przeczytać regulamin (nie wolno budzić ani karmić kotów) i zostawić plecak w szafce. W środku było czarująco. Przysypiające na fotelach i liżące futerko koty przyglądały się z umiarkowanym zainteresowaniem grupie starszych pań, które wytrwale rzucały w ich stronę kolorowymi piłeczkami.

 

 

Smaki Azji

Pisząc o Japonii, trudno nie wspomnieć o jedzeniu. W moim przypadku był to temat dosyć problematyczny. Nie jem mięsa ani ryb, co skreślało znakomitą część restauracji z mojej kulinarnej mapy Tokio. Menu w języku angielskim nie było wszędzie dostępne, a wiele pozornie wegetariańskich dań zawierało dashi, czyli bulion z rybnych wiórków bonito. Bariera językowa i kulturowe różnice sprawiały, że niemal każdy obiad wiązał się dla mnie ze stresem. Z ulgą odkryłam sieć Sushi-Nova, gdzie zamówienia składało się na tablecie, nie było problemu ze znalezieniem wegetariańskich opcji, a sushi przyjeżdżało do stolika po kilku minutach. Kiedy pojawiłam się tam po raz pierwszy, poczułam się jak w restauracji przyszłości. Futurystyczne wnętrze i niskie ceny sprawiały, że było to również ulubione miejsce nastolatków, którzy wpadali tam po szkole.

Jeden dzień podróży poświęciłam na wycieczkę do Jokohamy. To duże portowe miasto, które słynie z największego Chinatown w całej Azji. Jego tłoczne uliczki zastawione są stoiskami z pieczonymi kasztanami, a w powietrzu unosi się zapach jedzenia – restauracje znajdują się na każdym kroku. Papierowe lampiony i złoto-czerwone dekoracje, że można na chwilę poczuć się jak w Chinach.  

 

 

Dziki Wschód

Podczas szukania ciekawych miejsc w Japonii, trafiłam na informacje o Western Village. To opuszczony, stylizowany na Dziki Zachód park rozrywki położony w Nikko. Powstał na początku lat siedemdziesiątych i został zamknięty w 2007 roku. W ciągu niespełna dziesięciu lat zdążył porosnąć bujną roślinnością, o czym przekonałam się na własne oczy. Wszystko sprawia w nim wrażenie zatrzymanego w pół drogi. W dużej jadłodajni leżą rozłożone półmiski, a na ladach kurzą się zapomniane karteczki i świstki. Jednak najbardziej przerażającą częścią parku są realistyczne figury ludzkie – szeryfa siedzącego za biurkiem, balwierza, listonosza i wielu innych. Obserwują intruzów nieruchomym spojrzeniem, od którego cierpnie skóra. Wytrwali, którzy przedrą się przez gęste zarośla, będą mogli zobaczyć coś równie niesamowitego – nad parkiem rozpościera się replika góry Rushmore.  

 

 

Boski Jizō

Będąc w Nikko, odwiedziłam jeszcze posągi Jizō, czyli bóstw z panteonu religii shintō. Jizō uważany jest za opiekuna podróżnych, kobiet w ciąży i dzieci, które umarły po porodzie. Według wierzeń, dzieci poniżej trzeciego roku życia, które nie zdążyły wykonać obowiązków wobec rodziny, trafiają po śmierci do krainy przy rzece w pobliżu wejścia do piekieł. Tam budują pagody z kamieni w intencji swoich rodziców. Ich jedynym pocieszycielem jest Jizō. Jego posągi można spotkać w całej Japonii – są niekiedy są ubrane w dziecięce ubrania lub widać ustawione przy nich kamienie – robią to rodzice, którzy chcą ulżyć swoim dzieciom.

 

 

Moja podróż była zdecydowanie za krótka, żebym zdążyła zrozumieć Japonię. Nauczyłam się jednak tego, że ten dziwny, egzotyczny kraj, który wszyscy znają z artykułów w stylu "10 najbardziej szokujących faktów o..." , tak naprawdę nie istnieje. Japonia nie jest krainą ekscentrycznie ubranych ludzi, kontrowersyjnych klubów i perwersyjnej seksualności. Jest za to dużo bardziej niejednoznaczna i fascynująca niż wszystkie o niej stereotypy.

 

Tekst i zdjęcia: Asia Flisek

Pochodzi z Gdańska, a od roku mieszka we Wrocławiu, o którym kiedyś opowiadała jej babcia. Studiuje filmoznawstwo. Lubi czeską kinematografię, Franza Kafkę i dialogi w filmach Wesa Andersona. Kolekcjonuje piękne książki dla dzieci i dorosłych. 

 

 

 

x

Subscribe to our mailing list

*indicates required