27.07.2016

PURO Travels: Frytki z Pindą czyli street foodowa pocztówka z Rotterdamu

Street food czyli uliczne jedzenie to element życia miejskiego, z którego wydedukować można zaskakująco wiele o mieszkańcach miasta, ich zwyczajach i charakterze. To nie wyróżnione przez Michelin restauracje a właśnie małe bary, foodtrucki i szemrane straganiki z jedzeniem pokazują nam pełen obraz miasta: co lubią jego mieszkańcy, jak żyją, skąd pochodzą. To zapachy ulicznych smakołyków budują niewidzialną mapę miasta, a ich smaki nieodwracalnie kształtują podniebienia zabieganych mieszczuchów. Dla turystów zaś tworzą niepowtarzalny szlak miejskich ścieżek do odkrycia. Dzielimy się z Wami pocztówką z Rotterdamu, którą przysyła nam zawsze głodna wrażeń i smaków Zuza Mielczarek.

Tekst i zdjęcia: Zuza Mielczarek*
Fotografia tytułowa: Warung Rilah

 

 

Kanapka z marynowanym śledziem

Choć sama myśl o wilgotnym, oślizłym śledziu wielu oponentów przyprawia o dreszcze obrzydzenia, holendrzy zasysają te przysmaki Morza Północnego masowo, bez opamiętania i często w całości, na raz, do buzi! Typowy holenderski street food, którego popularność można przyrównać do hot dogów w Nowym Jorku, to prosta kanapka ze śledziem i cebulą. Najlepszych sztuk można skosztować na targu, zwłaszcza po dostawie świeżych ryb - sezon na nie trwa od maja do lipca. Wtedy właśnie można natrafić na najlepsze Hollandse Nieuwe, jak nazywane są sezonowe holenderskie śledzie. Co więcej, holenderskiemu haringowi daleko do typowej “podeszwowatości” naszych rodzimych śledzików. Nieuwe haring to ryba delikatna i rozpływająca się w ustach.  A smak tej przekąski, w asyście cebulki, ogórka konserwowego i miękkiej bułeczki,  plasuje się dość nietypowo, gdzieś pomiędzy wyrafinowanym sushi a klasycznym hot dogiem z IKEI.

gdzie zjeść:
Blaak Market, Binnenrotte, każdy wtorek i sobota;
budka na Heemradsplein (ulica Nieuwe Binnenweg);
w sezonie - stragan co krok w całym mieście

 

 

fot. Fritez - Haute Friture

 

Frytki z sosem orzechowym, majonezem i cebulą

Frytki to kolejne narodowe danie holendrów. Podane koniecznie w zaskakującej wersji Pinda Special - z pikantnym sosem na bazie masła orzechowego, gęstym majonezem i posiekaną cebulą - zyskują znamiona rarytasu. Haute cuisine holenderskiego street foodu są równie pyszne w podejrzanej budzie, jak i w hipsterskim wydizajnowanym lokalu. Zamawiając frytki po angielsku, należy pamiętać by ziemniaczanych skrawków przypadkiem nie nazwać French fries, a oczywiście Dutch fries, czym z pewnością zyskamy sympatię sprzedawcy!

gdzie zjeść:
Fritez - Haute Friture, Witte de Withstraat 68a;
lub foodtrucki z frytkami w całym mieście

 

 

 

Wietnamska lumpia

Tak jak w Polsce dla wielu nie ma nocnego powrotu z imprezy bez kebaba, tak w Rotterdamie nie zasnę spokojnie bez lumpii - choćby jednej. Najczęściej jednak kończy się na co najmniej trzech, gdyż lumpie mają właściwości uzależniające i kosztują zaledwie 1 euro! Pod tą enigmatyczną nazwą kryje się długa wietnamska sajgonka, najczęściej sprzedawana w nocy z mini food trucka, przed którym ciągnie się kręta kolejka imprezowiczów. Chrupiąca lumpia podana z sosem słodkokwaśnym tworzy zestaw doprowadzający do tzw. foodgasmu. Nigdy dosyć!

gdzie zjeść:
Miss Saigon, Hofplein (w nocy)
lub inne budki i foodtrucki rozsiane w całym mieście w dzień i w nocy

 

 

 

 

Kapsalon - przysmak tureckiego fryzjera

Jeśli już mowa o kebabach, mogłoby się wydawać, że wszędzie na świecie spożywa się je mniej więcej w tej samej formie - owinięte w placek lub podane w bułce. Ale nie w Rotterdamie! Tutaj jada się kapsalon (o którym już wspominałam przy okazji opisywania budynku dworca Rotterdam Centraal) - wymieszane mięso z frytkami i surówkami dodatkowo zapiekane z serem, wszystko w pojemniczku z folii aluminiowej. Nazwa, dość osobliwa, oznacza salon fryzjerski. Choć miejska legenda głosi, że nazwę dla dania wymyślił niegdyś fryzjer, którego salon mieścił się obok lokalu z kebabem, ja zawsze doszukiwałam się w niej głębszego obrazowego znaczenia - posiekane, wymieszane składniki kojarzą mi się z resztkami włosów, ekspresyjnie ścinanymi przez szalonego fryzjera.

gdzie zjeść:
Waldberg, Nieuwe Binnenweg 105A (hipsterska kebabownia gdzie kapsalon popijesz Club Mate)
Jaffa Shoarma, Witte de Withstraat 44 (miejsce-klasyk) 
lub każdy inny lokal z kebabem

 

 

 

fot. Warung Rilah

 

Surinaamse broodje - najlepsza kanapka świata

Listę kończę moim absolutnym top 1, surinamską kanapką. Kulinarne tradycje jak i historię Surinamu dane mi było poznać dopiero po przeprowadzce do Rotterdamu. Wstyd się przyznać, że przed zasmakowaniem w tutejszych specjałach, nie byłam w stanie wskazać Surinamu na mapie. Jednak pikantne aromatyczne dania, smażony makaron i ryż, owoce morza, kurczak - to wszystko kazało mi podejrzewać, że leży gdzieś w Azji. Jakie było moje zdziwienie (i geograficzne zawstydzenie), gdy odkryłam, że ta była kolonia holenderska to kraj Ameryki Południowej. Skąd więc tak azjatyckie w swoim wydźwięku jedzenie? Holendrzy mieli bardzo duży wpływ na kulturowy i etniczny charakter tego kraju, zwożąc tam niewolników z również podległej im Indonezji. Po wyzwoleniu, w latach 70-tych, większość mieszkańców Surinamu wyemigrowała do Holandii, a wielu z nich pootwierało knajpki. Jako że holendrzy kochają chleb i kanapki, surinamskie jedzenie zostało dostosowane do ich potrzeb. Tak też powstała najlepsza kanapka na świecie - chrupiąca bułeczka z soczystymi krewetkami w pikantnym sosie, sambalem i jedynym w swoim rodzaju słodko-kwaśnym ogórkiem konserwowym. Poza słynnym broodje, w surinamskim lokalu spróbować trzeba też orzechowego kurczaka satay i zupy saoto - rosołu, w którym poza okami pływają też enigmatyczne chrupiące mini-frytki. Będac w Rotterdamie wypatruj zatem żółtej gwiazdki na czerwono-zielonym tle - to flaga Surinamu, zwiastuje uniesienia kulinarne!


gdzie zjeść:
Warung Mini, Witte de Withstraat 47
Warung Rilah, Schiedamseweg 40A
- to faworyty, ale warto odwiedzić każde z licznych miejsc pod surinamską flagą

 

 


 

Blaak market

Street foodowe smaczki, wydawać by się mogło - z założenia - opływać muszą w głęboki tłuszcz i majonez. Zaczytując się w naszą listę zapewne niejeden weganin czy bezglutenowiec jęknął z dezaprobatą i tęsknotą za soczystym, spływającym po brodzie mango. Mamy coś i dla was, roślinożerców. Po całe skrzynie dobrodziejstw natury możemy udać się w każdy wtorek i sobotę na słynny Blaak market. Od razu rozwieję wątpliwości - ikoniczny Markthal MVRDV, choć zlokalizowany również przy Blaak, i pełniący podobne funkcje, to nie to samo co przesiąknięty autentyzmem i zapachem świeżej ryby lokalny ryneczek. Na straganach piętrzą się dorodne mango, awokado, melony, całe siaty pokaźnych papryk i pomidorów. Hummusy, oliwki, zioła, przyprawy… A to wszystko przy charakterystycznym akompaniamencie sprzedawców wykrzykujących "Een euro, een euro, een euro!" Bo "jedno euro" to cena którą zapłacimy tu niemal za wszystko - kilogram pomidorów czy też skrzynię mango. I właśnie rynek Blaak, ze swoją chaotyczną i trochę męczącą atmosferą, jest dla mnie kwintesencją ulicznego jedzenia Rotterdamu.

adres:
Binnenrotte, stacja Blaak

 

 

 

 

* Zuzanna Mielczarek, ur. 1990 w Poznaniu. W 2014 roku obroniła architektoniczny projekt miejskiej farmy edukacyjnej na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym, uzyskując tytuł inżyniera architekta. Aktualnie jedną nogą w Rotterdamie, drugą w Poznaniu, kontynuuje swoje poszukiwania projektowe na Delft University of Technology i na UAP. Interesuje ją projektowanie jako bodziec zmian społecznych i relacji międzyludzkich. Praktykowała w takich biurach architektonicznych jak Medusa Group w Bytomiu,  SHAU w Rotterdamie, a także w meblarsko-rzemieślniczym Atelier365 w Brukseli. W swoim dorobku ma m.in. projekty mebli i tekturowych zabawek dla dzieci.

 

 

x

Subscribe to our mailing list

*indicates required