03.06.2015

PURO MOOD... for FOOD: Delicje na kółkach czyli krakowski street food

Na krakowskich ulicach od zawsze można było się posilić. Jedzenie na mieście musi być wyjątkowe - Krakusów niełatwo namówić na wychylenie nosa z własnej kuchni! Jaki jest sekret tutejszych delicji pod chmurką? Co przegryzają turyści spragnieni pożywnego wiktu i lokalnej atmosfery?

Skuszeni wiosenną aurą i wiedzeni głodem daliśmy nura z redakcji. Podążyliśmy za instynktem prawdziwych doznań. Nie zawiódł! Stworzyliśmy dla Was mapę krakowskich ulicznych smaków.

Zacznijmy od początku.

 

Obwarzanek krakowski, lokalna duma

Nasz małopolski skarb - wpisany na listę produktów chronionych (certyfikat ChOG – Chronione Oznaczenie Geograficzne) - obwarzanek krakowski, ratował z głodowej opresji wiele pokoleń. Na początku w skromnej wersji jedynie z solą, wraz z upływającym czasem i podążając za modą, wystroił się w różne dodatki. Dziś można go schrupać w różnych odmianach: a to z kminkiem, serem czy ostrą papryką, to z makiem, a nawet z orientalnym sezamem. Ale jego kształt, nieomal logo tego miasta, pozostał niezmienny od czasów Jagiellonów.

Unijny certyfikat precyzyjnie określa jego wagę, kształt i proces wytwarzania. Ciasto wyrabia się z  mąki pszennej (dopuszcza się zawartość do 30% mąki żytniej), tłuszczu, cukru, drożdży, soli i wody.  Potem zostawia się je do wyrośnięcia, wałkuje się i dzieli na mniejsze kawałki  tzw. sulki mające konkretną wagę, długość i grubość. Następnie z dwóch takich wałeczków formuje się pierścień, skręcając je spiralnie wzdłuż osi. Po chwili wyrastania obwarzanki poddaje się obwarzaniu, czyli zanurzaniu na kilka sekund we wrzącej wodzie. Dzięki temu zabiegowi zyskują później w trakcie pieczenia chrupiącą skórkę. Po odsączeniu piekarze dekorują je makiem, sezamem, solą lub żółtym serem i pieką. Na ulice wyjeżdżają skoro świt, tak, aby zgłodniałym Krakusom umilić podróż tramwajem czy po prostu zastąpić śniadanie.

 

 

Zapiekanki i kebaby, czas mroku

Z biegiem lat, z biegiem dni, na ulicach Krakowa pojawiły się budki z zapiekankami i kebabami, spychając małe obwarzankowe stragany na kółkach w cień. Nastąpiły dekady kulinarnego mroku dla ulicznego jedzenia. Mdlący zapach przypalonego mięsa, ociekające kurzym tłuszczem pionowe grille (tak, tak! Choć wiadomo, że oryginalne kebaby robi się z jagnięciny...), sałatki z pekińskiej kapusty z majonezem, gliniaste buły z seropodobną masą i pieczarkowym erzacem zawładnęły żołądkami krakusów. Aż wreszcie na rogatkach pojawił się pierwszy foodtruck!

 

Niebieska “Nyska” z kiełbaskami, światełko w tunelu

Każdy Krakus wie, gdzie ona stoi. Wysłużona niebieska Nyska, przy niej stolik, rożen na blaszanym pudle opalany drewnem (nie węglem drzewnym!). Karmi tysiące znużonych nocnym życiem Krakowian. Tu przy jednym stoliku jedzą do dziś celebryci, artyści, policjanci, politycy, studenci i bezdomni. Tu nawiązują się przyjaźnie na całe życie i toczą się gorące dysputy na każdy temat. Nie ma menu, bo wszyscy przychodzą tylko po jedno danie: pieczoną kiełbaskę z bułką i musztardą. I tak od 22 lat, pod Halą Targową, omijany przez burze historii, stoi przodek krakowskiego foodtrucka.

 

 

Uliczne początki

Armia dezerterów z korporacji, podłych wyszynków i kiepskich restauracji wyszła na ulice i ujęła kierownice ciężarówek w swoje ręce! Ich historie są podobne, mieli dość dotychczasowego życia. Nudnej pracy za biurkiem, humorzastego szefa, pichcenia w pośpiechu rzeczy, do których nie mieli serca. Rzucili to i zaczęli robić to, co lubią. Gotować dania, na które zawsze mieli ochotę, karmić ludzi, tak jak marzyli: z miłością i czułością, pochylając się nad każdym posiłkiem.. Tak zrodził się krakowski street food naszych czasów, uliczne jedzenie, po które stoi się w ogonku, wczytując się w arcykrótkie menu i patrząc, jak powstaje na naszych oczach.


Burgertata, weteran krakowskiego street foodu

Niektórzy mówią, że od niego się wszystko zaczęło, ale tak po prawdzie, to na początku, jak Adam i Ewa, były dwa foodtrucki z hamburgerami. Jednego już nie ma - choć znakomite miał jedzenie, w tym własnoręcznie kiszone warzywne pikle -  na placu pozostał „tata” i ma się dobrze. Michał Rusin, guru krakowskich burgerożerców, po 10 latach spędzonych w Anglii wrócił do ojczyzny i spełnił swoje marzenie: wrócić tu i karmić dobrym jedzeniem. Odlschoolowego Mercedesa 308, zwanego pieszczotliwie "kaczką", zgrabnie przerobił na restaurację na kółkach. Dziś tatowa flota to dwa foodtrucki - w tym jeden, który codziennie zmienia lokalizację - i dwie budki. W menu 10 rodzajów burgerów (każdy w dwóch rozmiarach!), belgijskie frytki i ciekawe dodatki: sos Jack Daniels czy ketchup bananowy z Karaibów.

 

 

Hindus Indian Food czyli curry w kaloszach

Już sam nazwa dzielnicy nie zachęca do odwiedzin, no bo jak to brzmi, Zabłocie? A jednak i na tej kulinarnej pustyni, w anturażu brzydkich postkomunistycznych betonowych fabryczek-klocków może powstać coś interesującego. Obok Fabryki Schindlera i Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK, pojawiła się maleńka, biała przyczepka na kółkach, ot “foodtraczyk”, z dużym czarnym napisem HINDUS. Jej oryginalność podkreślono logo: piktogramem twarzy w turbanie. Już od skrętu w ulicę dochodzi smakowity zapach curry.Jedzenie jest proste, podane w papierowych pudełeczkach. Nie ma tu rozbudowanej karty dań, klienci nie marudzą, kolejka idzie szybko. Za niewielkie pieniądze dostaje się sporą porcję gorącej, aromatycznej sycącej potrawy, co w kraju, gdzie przez sześć miesięcy panuje zima, jest bezcenne. W menu klasyka kuchni hinduskiej: chicken tikka masala, butter chicken (pierś z kurczaka w sosie maślano-pomidorowym), chicken korma (pierś z kurczaka w sosie jogurtowo-kokosowym), rajma masala (czerwona fasolka w sosie pomidorowym), hicken palak, chana masala, warzywa curry.

 

 

Streat Slow Food: burger na polskiej grządce 

Jeżeli któremuś z foodtrucków można by było nadać miano kultowego, tylko Streat Slow Food byłyby godny tej nazwy. Na krakowskim Kazimierzu pojawił się w lipcu 2013 roku, szturmem zdobywając serca nie tylko miłośników bułki z kotletem. Znakiem  firmowym tego miejsca stały się nietypowe, zmieniające się sezonowo, dodatki do hamburgerów, kupowane od lokalnych producentów i gospodarstw ekologicznych. Jak wieść niesie, ekipa SSF sama para się uprawą warzyw. Tym samym powoływanie się w nazwie na ideę slow food nabrało tu realnego kształtu, jakim jest wspieranie małych producentów lokalnej żywności. Stąd w hamburgerach “streatowych” nietuzinkowe składniki: żurawina, buraki, dynia, rzodkiewki, bakłażany. Burgermistrzowie sami pieką bułki, komponują chutneye, sosy  i pasty. Docenili to organizatorzy pierwszej edycji festiwalu Terra Madre i zaprosili chłopaków z SSF by poprowadzili panel ekspercki poświęcony burgerom. Jak na szybkie jedzenie uliczne, zachwyca w ich menu sezonowość. W ciągu roku można było zjeść m.in. burgera z grasicą i chutneyem agrestowym czy pieczoną łopatkę wieprzową w trzech paprykach ze śmietaną cytrynowo-pietruszkową. Czasami, znów nieco bawiąc się konwencją, streatowcy serwują dania z innych krajów jak Baja Shrimp Coctail Sandwich z Bahamów, czy chorwackie cevapi. W menu zachwycają: Rumburak z grilowanym burakiem i chutneyem wiktoriańskim, Pumpkin z pieczoną dynią z rozmarynem i miodem oraz rzodkiewkami marynowanymi w curry, Batataj! z batatem i piklami na ostro z chutneyem z mango.

 

 

 

Krako Slow Grill: Kaukaz, wino i śpiew

Nie ma miłośnika dobrego wina, który by nie dotarł na Zabłocie w okolice Fabryki Schindlera i nie wychylił przedniego węgierskiego czy ormiańskiego trunku w winiarni Krako Slow Wine. Od niedawna można dopełnić jego smaku ormiańskimi i gruzińskimi potrawami z grilla. Food truckiem Krako Slow Gril Kaukaz na ul. Lipowej 6F zarządza Ormianin Pavel Portoyan. A w menu znalazły się klasyki jego rodzimej kuchni: chaczapuri, lamadżo, liulja kebab w lawaszu, pieczony bakłażan, chinkali, charczo czyli wołowina w  sosie pomidorowym, odzachuri. Od czasu do czasu, przy granych i śpiewanych na żywo gruzińskich pieśniach ludowych, Pavel serwuje dania z pieczonej baraniny i ryb.

 

Big Red Restaurant, londyńsko-krakowska miłość

Nie tak dawno ulicami Krakowa (nie Londynu!) przejechał dwupiętrowy czerwony autobus z napisem „Big Red Restaurant”. I nie byłoby nic w tym dziwnego, być może kolejna „żywa reklama”, gdyby nie roznoszona po okolicy plotka, że wreszcie będzie można zjeść prawdziwe klasyczne fish&chips ze świeżego dorsza. Ale znakomity angielski klasyk i rozpływające się w ustach puree z zielonego groszku nie smakowałyby tak wybornie, gdyby nie Lorcia. Lorcia jest pięknym, czerwonym autobusem marki Leyland z East Yorkshire. Ma już swoje lata, bo wyprodukowana została w 1962 roku (w tym samym, w którym działalność zaczęli The Rolling Stones!). Służyła dzielnie narodowi angielskiemu jeżdżąc około 200 mil każdego dnia, jednak nigdy nie oddalała się od swojej bazy dalej niż na 50 mil. Po przejściu na emeryturę trafiła do Krakowa i przeszedłwszy pewne nieuniknione zmiany w wyglądzie, stała się dwupiętrową, niezwykłą restauracją na kółkach. Po kręconych schodkach, wewnątrz autobusu, należy wdrapać się na piętro. Wnętrze zachwyca! Nawiązujące do stylistyki lat 60, jest równocześnie eleganckie i bezpretensjonalne. Mnóstwo stylowych gadżetów, stare plakaty i gazety ze zbiorów właściciela, skórzane fotele, rozłożyste kanapy. I widok! Z tej wysokości stwarza możliwość zaglądania innym do talerzy bez skrępowania. A lądują na nich: pork chops with apples & fries, zupa rybna, grillowane warzywa i litewski kwas chlebowy z beczki.

 

 

Kocham naleśniki! Bombonierka na kółkach

Niezwykle rzadko pojawiają się foodtrucki ze słodkościami. Czyżby miłośnicy ulicznego jedzenia stronili od deseru? Mamy pierwszą jaskółkę w tej materii! Zaparkowana zwyczajowo przy Galerii Kazimierz, niewielka, ale nie niepozorna. W angielskiej, czarno-brązowej ciężarówce marki MEGA schronienie znalazły francuskie naleśniki. Pan Piotr, właściciel i ryzykant, bo nie dość, że sprowadzenie tak nietypowego pojazdu było arcytrudne, to jeszcze o gotowaniu nie miał bladego pojęcia. Trudna decyzja powołania do życia słodkiego foodtrucka okazała się genialna. Niepodzielnie króluje na rynku słodkości na kółkach! Choć w ofercie sezonowo pojawiają się też naleśniki z wytrawnym nadzieniem np. ze szpinakiem, czy wołowiną z kiszonym ogórkiem. Na swoją porcję trzeba nieco poczekać, ale bynajmniej nie jest to czas stracony! Niezwykłej radości dostarcza przyglądanie się temu, jak to delikatne cudo powstaje na naszych oczach. Liczy się precyzja i wyczucie. A wszystko to w obłokach aromatu karmelu i wanilii... Naleśnikowym przebojem okazała się Aksamitna Rozpusta (twarożek, borówki, nutella). Menu się zmienia, wraz z sezonem pojawiają się świeże owoce, a w zimie zastępują je konfitury i powidła. Prawdziwa wisienka na torcie!

 

 

Kończymy naszą podróż ze wszech miar ukontentowani: wszelkie zmysły nakarmione, kalorie spalone - wszak jemy pod chmurką! Aparaty i reporterskie notesy wypełnione po brzegi. Street food, albo uliczne jedzenie, jak kto woli, to nie tylko kulinarna odmiana po latach nudy i sztampy, ale niezwykła okazja do poznawania ludzi, którzy pasję zamienili w czyn i którzy zawsze znajdą czas, żeby o tym pogadać. Na krakowskich ulicach miejcie usta i uszy szeroko otwarte! :)

 
Tekst: Kasia Pilitowska
Fot: Kacper Kałużyński (1-5, 8-10,13,17-19), Burgertata (6-7), Streat Slow Food (11), Agnieszka Wojtuń/Streat Slow Food (12), Big Red Restaurant (14-16)
 
 
x

Subscribe to our mailing list

*indicates required