26.01.2015

PURO MOOD... for FOOD: Coś najczarniejszego

(uwaga, na tej stronie używam ciasteczek!)

Twardawe, kruche biskwity zaczęto piec, od kiedy w ogóle się wypieka - mówią dokumenty. Ciastka radzą sobie świetnie w podróży przechowywane w blaszanych puszkach i od kiedy zajadano się nimi w Persji w VII wieku zaczęły się przedostawać do Europy, by razem z Arabami ostatecznie podbić Hiszpanię. Gryzione w Europie swobodnie już w wieku XIV do podniebień Ameryki przyklejać zaczęły się popijane małą kawą dopiero w 1620 roku przywiezione przez Holendrów. W Encyklopedii Larousse'a naliczyłam ponad setkę odmian kruchych broszek, plastrów, koronek, dachówek, łezek i muszelek usystematyzowanych ze względu na kształt, pokrewieństwo, użyte receptury, obecność korzeni i syropów, kremu, lub jego braku, posypek i faktur; o kilku przeczytałam w książce kucharskiej z dworu Radziwiłłów, i w Compendium Ferculorum Czernieckiego, z niewieloma jednak zaznajomiło mnie bezpośrednio życie pozbawione apetytu na słodkości.

I chciałam dwa słowa tylko o jednym rodzaju: Oreo. To wypuszczone na rynek amerykański w 1913 roku po licznych testach ciastko rodzaju sandwiczowego - który w Polsce nazywa się markizą, choć we Francji markizą nazywa się zupełnie inne ciastka i żony markizów. Nie śmieszy mnie i nie rozczula, a nawet trochę krępuje reklama zachęcająca do obracania, lizania i zanurzania w mleku, bo nie lubię mleka, za to liznęłam co nieco na temat socjologicznych manipulacji, które mają uczynić ze zjedzenia cukru osobliwy rytuał, zabawę i poczucie współuczestnictwa. To, co lubię w tym ciastku, to fakt, że jest tak nie wiadomo czemu czarne, i, jak w moim odczuciu żadne chyba inne, jest ciastkiem bardzo mocno zaprojektowanym.

 

 

OREO. Kiedy mówisz: „oreo”, buduje się w wyobraźni obraz odwrotny do rzeczywistego, tego z  dwóch czarnych kruchych, ale zwartych dysków z pudrowym kremem wewnątrz. Oba O napowietrzone, puste w środku, jak gotowe do przyjęcia pokarmu usta miękko domykają medalionem chrupką substancję R przedłużoną przez E. Wymów to powoli i sprawdź.

Co do niejasnej kolebki nazwy trwają spory: a to, że grecka, albo, że peruwiańska, a to, że według mistyki żydowskiej, gdzie każda litera ma znaczenie (O stanowią usta, R rękę zgiętą w łokciu, E dłoń i palce), nazwa miała determinować do wielokrotnego sięgania po łakoć. Pachnie wcale nie czekoladowo, smakuje absurdalnie niczym, trochę masłem, na którym jest smażone, głównie tępą słodyczą, choć skrajny kontrast czerni i bieli zapowiadałby właściwie doznania co najmniej z krawędzi, na ostrzu noża, przynajmniej graniczne. Coś stawia opór zębom, słodko ulega i znowu opór: raz, dwa, trzy, te uwodzące gry znamy z flirtu. 90 ornamentów na brzegach, 12 krzyży maltańskich, a w środku: czy to chiński znak szczęścia? Ślad po pieczęci średniowiecznego cechu drukarzy reprezentujący radykalne oddzielanie ziarna od plew? Czy raczej alchemiczny symbol amalgamatu: związku nieświętej trójki, rozpuszczonej śliną zamiast rtęcią, aliażu bieli i czerni, kombinacji twardego z miękkim.

 

 

Skład wersji w Stanach Zjednoczonych jest wegański, w składzie europejskiego ciastka rodzaj ziarna kakaowca podany jest na samym końcu, i nie wiem, czy determinuje unikatowy odcień koloru. Frapująca jest ta czerń niewiadomego pochodzenia, odlegle - gdyby pozostać przy alchemii i nie być bardzo serio - kojarzy mi się z Caput Corvi (głową kruka) określeniem czernienia substancji, o czym czytam w polskim traktacie o przemianie ołowiu w złoto z XVI w. Odkryłam na temat czerni oreo aż 4 już całkiem współczesne dyskusyjne fora, na temat uzależnienia od ilości zawartych w nich cukru i tłuszczu obejrzałam już całkiem poważny, dokumentalny film, w którym szanowana akademicka nauka zestawia uzależnienie od doskonale sprzedających się herbatników z doskonale sprzedającym się pewnym narkotykiem, który znam tylko ze słyszenia. Mamo, naprawdę. Niepojęta jest dla mnie kariera tych najczęściej jedzonych ciastek USA, markiz popartych magią, która niewątpliwie mieszankę melasy, kakao i mąki przemieniła w złoto w kieszeniach produkującego je koncernu. Diablo tajemnicza sprawa, filozofom się nie śniło.

 
 
Tekst i fotografie: Anna Królikiewicz
 

Artystka, pedagog, autorka licznych wystaw i instalacji. Doktor habilitowany Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, w której prowadzi Czwartą Pracownię Rysunku, a w poznańskiej School of Form zajęcia Kształt Smaku. W rysunkach i obiektach zajmuje się szeroko pojętą fizycznością ciała i kruchością pamięci, jej ostatnie prace dotykają zagadnień z fizjologii smaku i zjawiska synestezji. Uwielbia karmić.

 
 
 
x

Subscribe to our mailing list

*indicates required