30.11.2015

PURO Eye: A co gdyby…? Design jako scenariusz przyszłości

Tegoroczna edycja Dutch Design Week w Eindhoven stawia na piedestale siłę wyobraźni. Według organizatorów, przewodnie hasło festiwalu "What if?" czyli "A co gdyby?" to kluczowe pytanie będące katalizatorem każdego wartościowego, nowatorskiego działania. Nieograniczona wyobraźnia projektantów skłania ich do stawiania coraz bardziej odważnych, nieprzewidywalnych pytań. Pytań, które często zaskakują swą zuchwałą prostotą, wpędzając w zakłopotanie i myśl: „jak to możliwe, że ja na to nie wpadłem?”. I tu objawia się siła projektowania – właśnie w prostocie. I niekoniecznie mam tu na myśli minimalistyczne krzesła i stoły.

Nic nie działa tak ożywczo na myśl projektową, jak nieobarczona wymogami rynku, wywrotowa studencka wyobraźnia.  Dyplomowe projekty studentów jednej z najbardziej znanych szkół projektowania na świecie - Design Academy Eindhoven, prezentowane na corocznym Graduation Show jak zwykle wprowadzają trendy, które odbiegają od czysto formalnych poszukiwań. Design to coraz częściej działanie, koncept czy myśl, a nie materialna forma. Nawet trend laboratoryjnych eksperymentalnych działań materiałowych - mimo, że wciąż licznie reprezentowany, choćby na tegorocznej wystawie, również w ramach Dutch Design Week - Transnatural Art & Design – Playing Life - zdaje się nieco przebrzmiewać.

Podglądając tendencje, śmiało możemy powiedzieć, że przyszłość designu leży nie w wymyślaniu nowych przedmiotów, a w świadomym kreowaniu społecznych strategii.

 

 

A co, gdyby narodowość była rzeczą względną?

Dlaczego właściwie nie użyczać sobie nawzajem paszportów, w zależności od potrzeb przemieszczania się i związanych z tym przywilejów czy utrudnień? To pytanie zadaje Stefania Vulpi swoim projektem Universal Unconditional, proponując międzynarodową internetową  platformę do wymiany dokumentów. Żyjemy w czasach, w których coraz więcej ludzi migruje – i mówię tu o wszystkich odcieniach współczesnego nomadyzmu. Przemieszczają się zarówno emigranci zarobkowi, uchodźcy, jak i studenci czy przedstawiciele kreatywnych zawodów. Podróżując i zmieniając miejsce zamieszkania, napotykamy, w zależności od poziomu biurokracji danego kraju, mniejsze lub większe problemy. Są i kraje, gwarantujące tak znaczące przywileje swoim obywatelom, że niejeden przebywający w nich ekspat marzyłby o posiadaniu danej narodowości, choćby przez jakiś czas. Stefania zastanawia się, dlaczego właściwie, studiując w Holandii, nie mogłaby udostępnić swojej włoskiej narodowości imigrantowi w potrzebie. Pozyskany przez nią paszport holenderski, umożliwiłby jej z kolei możliwość korzystania z przywilejów obywatela tego państwa.

 

 

Projekt, w swej prostocie i bezpretensjonalnej oczywistości, jest istotnym i krytycznym głosem w dyskusji na temat dzisiejszej globalnej polityki migracyjnej. I nie mam tu na myśli fali uchodźców z Bliskiego Wschodu, gdyż tu sytuacja jest bardziej skomplikowana. Projekt odniosłabym raczej do węższej grupy użytkowników – np. mieszkańców Unii Europejskiej. Tu jednak rodzi się kolejne pytanie – jak to jest, że mimo lat dążenia do realizacji idei otwartości i zatarcia granic, zmieniając miejsce zamieszkania, wciąż napotykamy trudności i nie zawsze jesteśmy traktowani na równi z obywatelami państwa, do którego przybywamy? Łatwość przemieszczania się dzięki otwartym granicom nie pokrywa się z przytłaczającą falą biurokratycznych wymogów i odczuwalnej nierówności, którym musi stawić czoła współczesny nomada. Z jednej strony jesteśmy wolni, z drugiej zaś szybka, bezbolesna asymilacja nie zawsze jest realna. Dlatego też poszłabym o krok dalej niż Stefania i zadała pytanie - czy papierowy paszport w skórzanej oprawce nie jest dziś archaizmem, porównywalnym ze stopniowo wycofywanymi z uczelni książeczkowymi indeksami? Współczesny model rynkowy wymaga od nas ciągłego przemieszczania się, stąd mało kto osiada dziś na stałe w jednym miejscu. Praca często wymusza życie w ciągłym ruchu, często nie tylko pomiędzy państwami Unii. I tu pojawiają się kolejne bariery: choćby kwestia wiz, nierzadko niełatwych lub niemożliwych do otrzymania. Te uderzające sprzeczności skłaniają do refleksji nad potrzebą przemyślenia i przeprojektowania działania systemu identyfikacji narodowości, tak, by odpowiadał współczesnym realiom i respektował prawa człowieka. Co więc, jeśli jutro będziemy mogli zamienić się paszportami?

 

 

A co, gdyby istniała ambasada dla wszystkich uchodźców?

Manon van Hoeckel to absolwentka DAE, która swoim projektem dyplomowym także dotyka politycznego problemu migracji. Jak zauważa, w relacjach  uchodźca – nowe państwo, brakuje zwyczajnego, bezpośredniego kontaktu. Uchodźcy często jawią nam się jako anonimowa jednorodna masa, podczas gdy każdy człowiek przynosi ze sobą inną historię i inne problemy. Bardzo często są to sprawy indywidualne, nie do rozwiązania ogólnym rozporządzeniem czy ustawą. Zagubiony imigrant nie ma gdzie się udać, by uzyskać oficjalną pomoc – taką, jak obywatel danego państwa w swojej ambasadzie. Stąd pomysł na uniwersalną, neutralną ambasadę dla wszystkich uchodźców, nie posiadających dokumentów - In Limbo Embassy (w wolnym tłumaczeniu: ambasada w stanie zawieszenia). Kojarzy się to trochę z multiwyznaniowymi kaplicami na lotniskach, lecz zdaje się być dużo bardziej zasadne, namacalne. Bo o ile strefa religii, wiążąca się z duchowością i symboliką, pozostaje sprawą personalną i delikatną, to potrzeby uchodźcy w sytuacji krytycznej są zwykle bardzo realne i pragmatyczne. Zarazem ważna jest potrzeba bezpieczeństwa, która mogłoby być zagwarantowana przez intymną rozmowę w cztery oczy. Przestrzeń zaaranżowana przez Manon van Hoeckel to prymitywny mobilny kamper, którego generyczne białe wnętrze nie sugeruje żadnej przynależności narodowej. Jedynie na ścianie zawieszone są dostojne portrety uchodźców okrytych kocami na podobieństwo szat królewskich. Co by było, gdyby każdy miał szansę osobistego spotkania się z imigrantem ze swojej okolicy w takim mobilnym centrum? Być może udałoby się zażegnać szerzące się ksenofobiczne lęki i dostrzec w uchodźcy zwykłego sąsiada?

 

 

Kolejnym aspektem na celowniku projektowych strategów, po polityce społecznej, jest strefa wirtualna, która dziś tak płynnie przenika się z obszarem realności, że właściwie ich podział uznać można za archaiczny. Wbrew pozorom jednak, wciąż istnieją brakujące ogniwa pomiędzy tym, co w komputerze, a tym co naprawdę.

 

A co, gdyby  internet był z papieru?

Czarny ekran, a w głowie pustka… Znacie to? Problemu wykasowania wszystkich zakładek ze skrzętnie zgromadzoną kolekcją „zajawek”, w razie awarii komputera, każdy internetowy digger doświadczył przynajmniej raz w życiu. Tak to się porobiło, że głównym źródłem inspiracji i informacji jest dla nas internet, a pasek zakładek tym, czym dla mojej babci był kartonik po butach pełen wycinków z gazet. Z dużym sentymentem wspominam wycięte artykuły, które mi podsuwała, często z autorskimi dopiskami i podkreśleniami. Dziś trudu zadajemy sobie o wiele mniej - jeśli chcemy podzielić się interesującym artykułem wystarczy szybkie copy/paste, gdyż większość materiałów publikowana jest również, lub często - jedynie - w internecie. O ile jednak większy i bardziej prawdopodobny jest dziś dramat utraty wszystkich zgromadzonych danych! Druga kwestia to niematerialność tych informacji. I choć powoli przywykamy do myśli, że prenumerata ulubionych gazet na IPadzie i zestaw ulubionych książek na Kindle to dużo większa wygoda niż pół biblioteki w plecaku i nadwyrężony kręgosłup, to zapach druku i szorstkość papierowej strony wciąż zdaje się wywoływać w większości z nas atawistyczne podniecenie. Dlatego też jestem w stanie wyobrazić sobie, że proponowana przez Sarę Sturges platforma Printernet – nie mylić z Pinterestem, choć ma z nim wiele wspólnego - mogłaby spotkać się z dużym zainteresowaniem. Pomysł Sary to brakujące ogniwo pomiędzy światem wirtualnym i realnym. Dziś internetowy kontent ląduje na naszych biurkach ewentualnie w formie wygenerowanych z przeglądarki wydruków, gdzie liczne hiperłącza i niekompatybilność języka HTML z zapisem do formatu PDF, owocujące zmutowanym układem zdjęć i tekstu, psują całą frajdę czytania. Krótko mówiąc, te spinane zszywkami, zalane kawą domowe „publikacje” mają charakter wysoce śmieciowy i tymczasowy.

Blogowe portale, proponujące gotowe layouty do stworzenia własnej strony to już od lat standard, gwarantujący przejrzystość i prostotę obsługi dla każdego. Tym bardziej dziwi fakt, że stworzenie własnej, drukowanej – i co ważne – ładnej - publikacji przez graficznego laika to dużo większe wyzwanie niż ekspresowe poczęcie estetycznego bloga. Projektantka proponuje platformę analogiczną do tych portali – dzięki której jednak możemy stworzyć piękną materialną książkę, zawierającą cały przekrój naszych zakładek z sieci, posegregowanych, zmontowanych i oprawionych według uznania. Co więc, jeśli jutro do drzwi zapuka kurier z oprawioną w płótno księgą Twoich fascynacji, które wreszcie możesz pogłaskać, powąchać, zakreślić ołówkiem, a nawet i ucałować?

 


 

 

A co, gdyby każdy mógł kreować trendy?

"It's absurd how repetitive design trends have become" - mówią autorki krytycznego projektu Not Another. Ubolewają nad wpływem ery Instagrama, Pinteresta, Tumblra i im podobnych na tempo i zasięg rozprzestrzeniania się globalnych trendów. Nieograniczony dostęp do internetu w niemal każdym zakątku świata sprawia, że jeśli chodzi o tendencje w modzie i designie, to już nie ulica,  a wirtualna przestrzeń kreuje trendy. Jesteśmy w stanie je zdefiniować bez wychodzenia z domu i większego researchowego wysiłku. One same nas zalewają i łakną uwagi, przemycane w tysiącach bezmyślnie scrollowanych obrazów. Pytanie tylko, gdzie tak naprawdę szukać kolebki tych wszystkich ananasów, egzotycznych roślin, marmurów, gradientów, czy post-postmodernistycznych patternów... Panuje  kultura wymogu perfekcyjnej autoprezentacji, poddawanej ciągłej ocenie. Z kolei osądzenie, co modne, a co nie, zależne jest od galopujących zmian - siłą rzeczy stajemy się niewolnikami estetyzacji.  I oczywiście, możemy krytykować te wiążące nas zależności, ale nie wywiniemy się im łatwo. Jest jakaś magiczna moc, która sprawia, że pewne rzeczy w pewnym momencie po prostu są bardziej sexy i już. Sama dałam się złapać w pułapkę pustego zachwytu nad piękną estetycznie formą wystawy Not Another! Składała się ona z kompozycji wyżej wymienionych obiektów, takich jak ananas, por, roślina monstera czy marmurowe płytki, starannie wyeksponowanych na blacie w minimalistyczną czarną kratkę. Kompozycja aż prosiła się o swoje miejsce na Instagramie! I nie ja jedna dałam się nabrać… Strona internetowa jednej z projektantek cała utrzymana jest w tego typu estetyce – na ile to kwestia bycia ofiarą trendów, na ile świadoma konwencja – pytanie wciąż pozostaje otwarte.

Projektantki proponują wydanie magazynu dotykającego problemu wszechobecnych trendów estetycznych. Każdy numer traktowałby w całości o jednym artefakcie. A o tym, jaki w tej chwili jest najbardziej aktualny i poruszający, decydowaliby internauci. Więc co by było, gdybyśmy mogli brać udział w takim głosowaniu? Być może stalibyśmy się bardziej uważni, wrażliwi i świadomi – decydowalibyśmy o tym, co ma prawdziwą wartość, a co jest zwyczajną ściemą przeciągniętą przez magiel internetu.

 

 

I jak tu właściwie mówić dziś o trendach, kiedy wszystko zmienia się tak szybko? W oka mgnieniu tendencje projektowe obracają się nawet o 180 stopni, w zależności od sytuacji politycznej, gospodarczej, społecznej... Ważne, by w tym zalewie informacji umieć rozpoznać, co ma prawdziwą wartość, a co jest tylko przelotną modą czy estetyką. Design Academy w Eindhoven uczy przenikliwości w  poszukiwaniach, dając temu wyraz poprzez nowatorskie rozwiązania proponowane przez studentów podczas corocznej wystawy. Jej największą zaletą jest to, że za rok zobaczymy zupełnie nowe projekty, dotykające problemów absorbujących świat tu i teraz. I w przyszłości.


Tekst: Zuza Mielczarek
Foto: Zuza Mielczarek, materiały prasowe projektantów

 


Zuzanna Mielczarek, ur. 1990 w Poznaniu. W 2014 roku obroniła architektoniczny projekt miejskiej farmy edukacyjnej na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym, uzyskując tytuł inżyniera architekta. Aktualnie jedną nogą w Rotterdamie, drugą w Poznaniu, kontynuuje swoje poszukiwania projektowe na Delft University of Technology i na UAP. Interesuje ją projektowanie jako bodziec zmian społecznych i relacji międzyludzkich. Praktykowała w takich biurach architektonicznych jak Medusa Group w Bytomiu,  SHAU w Rotterdamie, a także w meblarsko-rzemieślniczym Atelier365 w Brukseli. W swoim dorobku ma m.in. projekty mebli i tekturowych zabawek dla dzieci.

 

x

Subscribe to our mailing list

*indicates required