17.11.2015

KRAKÓW: Wytwórnia Mistrzów

Kiedy nie tylko już centrum Krakowa pęka w szwach od wyszynków i ludzi, lecz także ościenne dzielnice: Kazimierz i Podgórze, pora na dalsze rewiry: na postindustrialne tereny tylko dla odważnych. Czas na Zabłocie! Idzie nowe, a z nim kolejne projekty młodych miejskich aktywistów. Zabłocie to nie dzielnica ascetycznych show roomów i hipsterskich lokali, tu nie przejdziesz w „louboutinach”, popijając zielony koktajl detox. Lepiej włożyć gumiaki, do torby termos, a  dłonie wyposażyć w pajdę chleba z kiełbasą, bo to dzielnica ludzi pracy.

 

Maciek Chart-Olasiński pewnie dawniej byłby przodownikiem pracy wyrabiającym 200 % normy, dziś, choć nie ma jeszcze trzydziestki, jest przedsiębiorcą, społecznikiem, aktywistą, czasami stolarzem. Od lat angażuje się w prace organizacji pozarządowych, działał na rzecz edukacji praw człowieka w małopolskim zespole edukacyjnym Amnesty International, pomaga w organizacji Święta Cyklicznego – festiwalu kultury rowerowej oraz udziela się w nowo powstałym stowarzyszeniu Trzecia Przestrzeń, zajmującym się dostępnością przestrzeni publicznej. Mało? Na co dzień zarządza „Wytwórnią”.

 

Tekst: Kasia Pilitowska
Foto: Wytwórnia

 

 

 

A „Wytwórnia” to nic innego jak mała spółdzielnia pracy, która powstała dwa lata temu, na Zabłociu, w betonowym „klocku” z lat 70-tych, zajmując opuszczone sale po Wydziale Architektury i Sztuk Pięknych Akademii Krakowskiej. Grupka przyjaciół, z sentymentu do wykreślonych już z programu nauczania zajęć praktyczno-technicznych i za prostym rzemiosłem, powołała do życia miejsce, w którym powstają w różnych specjalistycznych pracowniach meble, ubrania, ozdoby choinkowe, prototypy urządzeń, a nawet całe parki technologiczno-naukowe. Można tu też oddać się pasji fotografowania w profesjonalnej ciemni.

Wytwórnia to przestrzeń do pracy polegająca na projektowaniu, prototypowaniu i małej produkcji - mówi Maciek Chart-Olasiński. To także społeczność osób kreatywnych, oparta na idei  współpracy. Jej członkowie tworzą meble, szyją, projektują zielone instalacje, zajmują się architekturą, elektroniką, grafiką i tworzą e-usługi. Wytwórnia jest także gospodarzem licznych wydarzeń – od warsztatów stolarskich, przez druk 3D po MediaLaby prowadzone metodologią Design Thinking. Można ją nazwać innowacyjnym inkubatorem przedsiębiorczości powstałym z pasji i marzeń.

 

 

Można więc wybierać wśród warsztatów; uczyć się stolarstwa, renowacji mebli, tapicerstwa, kroju i szycia, ceramiki, a nawet zbudować drukarkę 3D i drewniany kajak. Co roku przed Świętami jest organizowana Mikołajowa Wytwórnia Ozdób, gdzie częstokroć za pomocą starych technik wytwarza się ozdoby na choinkę. Poznaje się tajniki robienia bombek z forniru, projektuje wzory, które potem wycinane są laserem.

 

"Wielu z tych, którzy połknęli bakcyla „zrób to sam” wraca na kolejne warsztaty i przyprowadza znajomych. Mam wrażenie, że oprócz nauki, spełniamy też rolę terapeutyczną"

- śmieje się Maciek.

 

 

Na początku miało to być kameralne miejsce, świetlica dla paru zapaleńców, którzy w wolnej chwili oddawaliby się swoim zainteresowaniom i tworzyli wspólne projekty. Ale, jak to w życiu bywa, rzeczywistość zweryfikowała początkowe nieśmiałe założenia. Niewielka grupa rozrosła się do 70 osób. Wraz z anektowaniem kolejnych powierzchni budynku, przybywało i ludzi, i projektów. Działająca w Wytwórni fundacja – Warsztat Innowacji Społecznych, dostała dofinansowanie w ramach Rządowego Programu na rzecz aktywności osób starszych na lata 2014-2020 na projekt pod nazwą „Mistrzowie – międzypokoleniowe warsztaty rzemieślnicze”. "Wytwórcy" są z tego przedsięwzięcia bardzo dumni! A jest z czego, bo cykl spotkań z krakowskimi rzemieślnikami, mistrzami fachu oraz przedstawicielami “ginących” zawodów okazał się hitem, i to nie tylko wśród trzydziestolatków. Dołączyły do niego, zgodnie z założeniem, całe rzesze pań i panów po sześćdziesiątce.

 

"Ze smutkiem patrzyłem, a mam sporą odległość do pracy, którą pokonuję rowerem, jak znikają z mapy Krakowa kolejne punkty usługowe, a ich miejsce zajmują sieciowe markety i fast foody. Na przykład: ostatni punkt repasacji pończoch poddał się dwa lata temu. Przy tak niskich cenach rajstop już nikt nie chciał trudzić się ich naprawianiem. I tak narodził się pomysł warsztatów „Mistrzowie – międzypokoleniowe warsztaty rzemieślnicze”, czyli jak ocalić od zapomnienia „ginące” zawody"

 

„Wytwórnia” zaprosiła do projektu krakowskich mistrzów: Władysława Popiela - tapicera, Małgorzatę Jagiełło - parasolkarkę, kaletnika Grzegorza Tarnowskiego, modystkę Barbarę Komendę, państwa Chodackich z pracowni introligatorskiej i rodzinę Pawlikowskich z pracowni lutniczej. Lutnictwo? Choć nawet po kilkunastogodzinnej pracy z mistrzem nie zrobi się samodzielnie skrzypiec, uczestnik warsztatów nabędzie wiedzę o procesie ich powstawania. A to w dzisiejszych czasach bezcenna perspektywa.

 

 

PURO: Żyjemy w czasach jednorazówek. Nie bez kozery ukuto pojęcie „przedwojennej jakości”, bo wtedy robiło się rzeczy na lata, a niektóre z nich przechodziły z pokolenia na pokolenie. Dziś zalewają nas rzeczy brzydkie i słabej jakości. Czy czeka nas smutny koniec oglądania rzeczy pięknych i użytecznych jedynie w muzeach i galeriach?

Maciek Chart-Olasiński: Nie wieszczyłbym katastrofy, jest nadzieja! Od jakiegoś czasu obserwuję wzrost zainteresowania przedmiotami wykonywanymi na zamówienie przez rzemieślników. Krakusy doskonale pamiętają słynny zakład krawiectwa męskiego Turbasa. Noszenie garnituru spod jego igły było szczytem marzeń i elegancji, właśnie takiej przedwojennej. Zobacz, jak popularne stały się w sieci filmiki  typu „do it yourself”. Jeśli czegoś nie umiemy zrobić, wpisujemy w wyszukiwarkę: jak przykleić nogę do stołka. I dostajemy lekcję on line.  Przedmioty wykonane specjalnie dla nas cieszą dużo bardziej, niż te, które może mieć każdy. A już niesłychaną frajdę czerpiemy z obserwowania procesu ich powstawania. Kolejnym krokiem wtajemniczenia jest ekscytacja z uczestniczenia w nim.

 

Do udziału w warsztatach zaprosiliście bardzo młodych ludzi i seniorów. 

Ta relacja mistrz-uczeń jest podstawą wielu zawodów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Jednorazowość przedmiotów prawie całkowicie wygnała ją z naszego życia. Teorię i praktykę przekazywano w rodzinie i zakładach rzemieślniczych, mówiono wtedy o „terminowaniu” u szewca czy krawca. Nam chodziło też o to, aby swoją wiedzą mistrzowie podzielili się nie tylko z młodzieżą, ale i ze swoimi rówieśnikami lub ludźmi od siebie starszymi. Być może drzemią w nich niespełnione pasje i marzenia, nigdy nie zrealizowane, które staną się inspiracją do dalszych działań. Okazało się także, że chętnych do udziału w warsztatach było wielu młodych ludzi, natomiast starszym trudno się było zdecydować. Mnie udało się namówić moją babcię na warsztat modystki. Wróciła bardzo zadowolona i z nowym kapeluszem.

 

 

I jak, dogadywali się?

Można zobaczyć parę filmów z tych zajęć w serwisie youtube. Każde z sześciu  spotkań poprowadził  jeden z krakowskich mistrzów z asystującym mu pomocnikiem. Grupa uczniów składała się z ośmiu seniorów i ośmiu młodych osób. Warsztat miał część teoretyczną i praktyczną. Mistrz opisywał swoją pracę i tajniki rzemiosła, potem grupa wdrażała je w życie. I wtedy następowało to, co było kwintesencją przedsięwzięcia: wspólna twórcza praca młodych i seniorów, połączenie pokoleń ponad podziałami. Stereotypowe przekonanie, że ludziom starszym nie wypada robić pewnych rzeczy, a młodzi są leniwi i nie szanują starszych, legło w gruzach. Nie tylko raźnie pracowali ramię w ramię, ale też niezwykłą atencją i szacunkiem dążyli mistrzów. Zresztą sami mistrzowie są najlepszym przykładem tego, że aktywnym można być do późnego wieku.

 

 

A łatwo było znaleźć Mistrzów?

Myśleliśmy, że pójdzie nam łatwiej. Okazało się, że seniorzy-rzemieślnicy odmawiają nie z niechęci do projektu, ale z zapracowania! Nie mieli wolnego czasu, tak bardzo byli zajęci. Na szczęście z pomocą różnych instytucji udało się skompletować wspaniały zespół doświadczonych, choć niekoniecznie sędziwych rzemieślników, którzy chętnie dzielili się swoją wiedzą i doświadczeniem.  

 

Jesteś jednym z pomysłodawców projektu, skąd ta idea?

Może stąd, że sami cały czas korzystamy z ich usług. W mojej rodzinie jak relikwie przechowujemy przedmioty po pradziadkach i dziadkach. A może dlatego, że ludzie często nie mają szacunku do pracy rzemieślników. Pani lutniczka mówiła, że ludzie są zdziwieni że tyle muszą czekać na swoje zamówienie, i że ceny są bardzo wysokie. Rezygnują, bo w sklepie można kupić taniej. Dlatego dzieci nie kontynuują zawodu swoich dziadków czy rodziców, bo to niełatwy kawałek chleba. Na szczęście pan Pawlikowski, lutnik, teraz fach przekazuje córce. Pan Popiel, konserwator mebli, mimo, że skończył studia na ASP, odkrył w sobie pasję rzemieślniczą na całe życie. Kiedy zaczynał 15 lat temu, bardzo pomogli mu koledzy po fachu. Dlatego zgodził się od razu wziąć udział w naszym projekcie, bo pamięta tę nieocenioną pomoc.

 

Czy projekt przetrwa?

Chcemy go powtórzyć, bo zobaczyliśmy, w jaki sposób można przerzucić nowy most między pokoleniami. Tym bardziej, że niektórzy z mistrzów zmienili swoje życie, aby oddać się pasji. Na to, jak się okazuje, nigdy nie jest za późno. Uczestnicy warsztatów z Mistrzami stwierdzili chórem, że czas razem spędzony zatarł dzielące ich lata, że robienie czegoś razem bardzo ich zbliżyło, że mają podobne poczucie humoru i jednocześnie tak samo denerwują się, gdy coś im nie wychodzi. Jedna z młodych uczestniczek tak podsumowała warsztaty: „Mogłabym robić z seniorkami wszystko, i kapelusze, i rękawiczki, choć wcale się na tym nie znam, ale czas spędzony razem jest bezcenny”. Seniorka dodała: „Starzy powinni uwierzyć, że młodym jest się zawsze, a młodzi, że starzy to też ludzie”. Doskonała puenta, prawda?

 
Więcej:
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
x

Subscribe to our mailing list

*indicates required