22.09.2015

KRAKÓW: Wilczyce noszą kwiaty

Pierwsze, tak charakterystyczne dla BOHO, bluzy z kapturem w pastelowe kwiaty, powstały z zasłon i pościeli kupionych w krakowskich ciucholandach. Kiedy Małgosia Bochenek* wrzuciła je na Facebooka, rozeszły się jak świeże bułeczki. To było pięć lat temu, dziś marka BOHO szykuje się do skoku w wielki świat i… do zmiany nazwy.

Siedzimy w kawiarni na krakowskim Kazimierzu. Małgosia jest ubrana w pastelową - a jakże! - różową bluzę z napisem BOHO i niebieskie jeansy z mocno rozkloszowanymi nogawkami. Wygląda raczej jak trzpiotowata licealistka, niż uznana projektantka, właścicielka świetnie prosperującej firmy odzieżowej i mama dwójki maluchów.

 

 

Tekst: Kasia Pilitowska
Fotografie: BOHO

 

Zacznijmy nietypowo, bo od końca Twojej historii. Przeniosłaś swój show room, Garaż, z Kazimierza do Podgórza i na dodatek chcesz zmienić nazwę firmy. Rewolucja?

Małgosia Bochenek: Wiesz, właściwie to właściciel wypowiedział nam umowę, więc założyłam sklep w innej dzielnicy, za Wisłą, w Podgórzu. Zmieniamy nazwę, bo przenosimy się też za granicę...

 

Jak to, wyjeżdżasz?!

MB: Nie, kocham Kraków! Otwieram sklep w internecie, w którym będzie można kupować moje ubrania na całym świecie. Muszę zrobić ten krok, bo Polska jest jednomiastowa, a ja nie wyjadę do Warszawy. Może to też jest taki mój atut, że jestem z Krakowa i jestem przez to egzotyczna dla warszawiaków, nie przejadłam się. Nazwa BOHO, kiedy zaczynałam prawie sześć lat temu projektować, nic nie znaczyła, a szczególnie tu w Polsce. Poza tym na początku miałam zakładać firmę z Justyną Chowaniak z Domowych Melodii, więc stąd BO, jak Bochenek i HO jak Chowaniak. Mimo, że się nie udało, nazwa się przyjęła, choć mało jest w moich kolekcjach prawdziwego stylu boho. Nie boję się zmiany nazwy, moje klientki są bardzo wierne.

 

Uważasz, że Kraków Cię ukształtował?

MB: Tak, nie byłabym tym kim jestem, gdyby nie Kraków. Ta małomiasteczkowość - tu ciężko być samemu, bo wszyscy spotykają się w tych samych knajpach i miejscach - bardzo wpłynęła na mój rozwój i wpływa do dziś. Tu mieszkają moim przyjaciele, tu poznałam mojego męża.  Chodzę tą samą drogą od lat, z Bronowic, przez Rynek i Kazimierz na Podgórze.  Czas tu płynie wolniej.  Choć moje rzeczy tutaj sprzedają się nieco słabiej, lubię ten mój krakowski Garaż i spotkania z moimi klientkami.

 

 

Jesteś bardzo młodą osobą.

MB: Och, mam prawie 30 lat! No dobrze, mam 28 lat i zaczynałam przygodę z BOHO jak miałam 23. Zbiegło się to z urodzeniem mojego pierwszego dziecka. Jak miałam 18 lat wyprowadziłam się z domu do Krakowa, poszłam na studia, na kierunek geologia i geofizyka,i do pracy. Mimo ogromnego mentalnego wsparcia rodziców, o stronę materialną mojego życia musiałam zadbać sama. Okazało się to jednak karkołomnym wyzwaniem i ostatecznie nie skończyłam żadnych studiów.


Jaka była Twoja pierwsza praca?

MB: W kawiarni Mleczarnia. To było dla mnie niesamowite doświadczenie: ja z małego Jaworzna, z ogrodu pełnego kwiatów (tata był ogrodnikiem), trafiłam do miasta, do miejsca pełnego ciekawych, dużo starszych ode mnie ludzi, artystów. Mój dzień zaczynałam od podlewania kwiatów w kawiarnianym ogródku i zmieniania bukietów w wazonach. Mimo ciężkiej pracy fizycznej, byłam wtedy bardzo szczęśliwa. Przez krótki czas uczyłam się projektowania witryn w Krakowskiej Szkole Artystycznej.

 

 

A jak to się stało, że zaczęłaś projektować?

MB: Już jako trzynastolatka jeździłam na warsztaty projektowania, ale pragmatyzm zwyciężył i postanowiłam zostać inżynierem. No i nic z tego nie wyszło. Zaczęłam od stylizacji, potem projektowałam witryny do sklepów, potem kostiumy do filmów. Praktycznie żyłam na planie zdjęciowym i od fuchy do fuchy. To było ciężkie doświadczenie, znikałam z życia na kilka dni, nie czytałam gazet, nie słuchałam radia, wracałam, nie wiedziałam, co się dzieje. Nienawidziłam tego. Nie dogadywałam się z bliskimi. Kiedy zaszłam w ciążę to pomyślałam, że to dobry czas na samookreślenie, na odpowiedzenie sobie na ważne pytania. I zdecydowałam, że będę projektować ubrania.

 

I uszyłaś...

MB: Bluzę z kapturem. Chciałam zrobić sobie sukienkę ciążową, ale źle się układała, więc ją obcięłam, doszyłam kaptur i tak powstała bluza-matka, prabluza BOHO.

 

Sama szyjesz?

MB: Nie. Nigdy nie szyłam sama dla siebie. Nie jestem w tym dobra i nie pociąga mnie to. Nie znam się też na konstrukcji ubrań. Najważniejsze jest to, żeby znaleźć do współpracy osoby, którym oddasz tę część pracy w firmie, w której mogą cię zastąpić, a ty zajmiesz się tym, w czym jesteś najlepsza i niezastąpiona. Ja wybieram tkaniny, prowadzę korespondencję, pracuję kreatywnie. Po sześciu latach wiem, czego nie muszę już robić.

 

 

Wybrałaś kwiaty...

MB: Tak to określiło mój styl, teraz się wydaje, raz na zawsze. Ale to stało się naturalnie, nie planowałam tego. Kwiaty wokół mnie były zawsze, to był mój styl. Może niezbyt oryginalny, bo się okazało, że bylo nas więcej, ale dzięki temu na rynku było ogromne zapotrzebowanie na ciuchy w kwiaty. Więc wypełniłam tę niszę swoimi projektami.

 

Jak wyglądał Twój biznes plan?

MB:  Nie kupiłam maszyn do szycia, nie wynajęłam powierzchni na sklep. Na początku w pierwszy materiał i uszycie zainwestowałam 1000 zł. To, co szyłam, a było tego niewiele, sprzedawałam przez Facebooka i inwestowałam w następną serię ubrań. Przez pierwsze lata nie miałam sklepu. Po prostu podawałam mój mail i tą drogą przychodziły zamówienia.

 

Masz niesklepowy sklep, tak mówią.

MB: Bo ja, widzisz, nie sprzedaję ubrań, gdzie ważny jest np. gatunek materiału, czy jego splot. BOHO to idea, klimat, to zdjęcia modelek, które nie są profesjonalistkami z topowych agencji, w plenerze, w miejscach bliskich memu sercu i duszy. O, na przykład Marta Greber, twarz naszej nowej kampanii, która prowadzi bloga kulinarnego What Should I Eat For Breakfast Today. Poznałam ją przez Instagram, gdzie m. in szukam kobiet z pasją, które coś w życiu robią z sercem, całą sobą. Są rodzinne, doceniają proste radości codziennego życia, jak ja. Nie lubią żyć w mainstreamie, rzucać się w oczy. Taka jest dziewczyna BOHO. I wcale nie muszą  chodzić w moich ciuchach.

 

 

Zdjęcia Twoich kolekcji są bardzo przemyślane.

MB: Tak, jak i wystrój mojego Garażu. Nie ma w nim kupnych wieszaków, manekinów czy stolików. Są za to gałęzie, drewniane skrzynki i kawałki drewna.  Siłą BOHO nie są ubrania - zawsze twierdzę, że produkt jest drugorzędny - ale to, co ze soba niosą. Moje ubrania są amuletami, dają energię i radość.  Ponieważ nie mam dużego sklepu, żeby w nim pokazywać moje ubrania, pokazuję je na Facebooku. Jak jest mi źle, to wchodzę na stronę Bukietlove i oglądam piękne kwiaty, albo wchodzę na stronę Justyny z Domowych Melodii i czytam jej teksty. Chciałabym, żeby dziewczyny, które zaglądają do mnie, też czerpały z tego co robię dobrą energię i siłę. Na modelki wybieram specyficzne dziewczyny, wilczyce, wojowniczki, młode kobiety ze starą duszą.

 

Wilczyce w kwiatach?!

MB: Tak! Wojowniczki mają w domach świeżo ścięte kwiaty, bo są blisko natury. W swojej sile akceptuję swoją delikatność, dlatego pozwalam sobie na kwiaty, nie tylko w wazonie. Młoda kobieta ze starą duszą jest ufna, naiwna - w tym dobrym sensie tego słowa. To nie jest stan zgnuśnienia, to mądrość i zgoda na to, co niesie życie. Mam też nowy projekt, Boso, gdzie szyję suknie do ślubu. Indywidualnie, dla każdej dziewczyny inną. To jest bardzo słowiańska estetyka, dlatego robię go tylko w Polsce.

 

 

Ceny Twoich ubrań ostatnio się podwoiły.

MB: Tak, i wiesz, sprzedaż się nie zmniejszyła. Wyobraź sobie, że moje płaszcze, które kosztują ponad 800 zł są bestsellerami! Właśnie doszywam kolejne sztuki. To znaczy, że są ludzie, dla których cena nie jest kluczowa. Często pytają mnie, dlaczego takie „zwykłe ciuchy’ są aż tak drogie. Nie chcę ponownie znaleźć się w sytuacji, że nie mam pieniędzy na podatek i muszę zaciągnąć kredyt. Teraz zatrudniam pracowników, płacę podatek, VAT, ZUS i szyję w Polsce. Poza tym nie robię rzeczy pierwszej potrzeby, bez nich można żyć. Więc dlaczego kwestionować ich cenę? Jeśli  kogoś nie stać na ich kupno, to proponuję wymianę barterową. Wolę taką formę, niż sprzedawać tanio moje ubrania. Pamiętam, że kiedyś strasznie chciałam mieć sweterek z Benettona, był okropnie drogi, 560 zł, ponad 100 godzin mojej pracy w kawiarni! Odkładałam na niego każdy grosz, a i tak połowę pożyczył mi brat, któremu potem przez kilka miesięcy oddawałam dług. 

 

 

Czy dobrze Ci się powodzi?

MB: Raczej nie ma szans, żeby ze sprzedaży takich autorskich rzeczy zostać milionerem. Najwięcej milionerów jest wśród producentów śrubek. I trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcesz zarobić i pojechać na wakacje, czy mieć wakacje przez całe życie.

 

Twardo stąpasz po ziemi mimo tych kwiatków!

MB: Ja, tak! Bardzo twardo. Jestem bardzo ogarnięta, jeśli chodzi o organizację, planowanie i delegowanie obowiązków w pracy. Żeby nie rozdrabniać się na to, co zajmuje zbyt dużo czasu, a nie jest kluczowe. To nie ma znaczenia, czy ja przyszyję krzywo guzik, niech to zrobi ktoś inny, ale dobrze.

 

Co z Twoim życiem prywatnym?

MB: Mam dwójkę dzieci, chcę im poświęcać dużo czasu. Ograniczam więc czas pracy do pięciu godzin dziennie.  Dzieci idą wtedy do klubu maluszka, a ja pracuję. Potem zamykam komputer i jestem z nimi. Nie wiszę na telefonie, nie odpisuję na maile, nie zerkam w telefon. Na pewno nie byłabym taką szczęśliwą matką, gdybym nie miała BOHO. Osiągnęłam równowagę, idealny stan między pracą, a moim życiem.

 

 

Czy wspominasz szczególnie jakąś reklamę BOHO?

MB: Tak, we wrześniowym numerze, w najważniejszym czasie w roku - na styku sezonów, najbardziej modowego pisma Harper’s Bazaaar, na którą wydałam mnóstwo pieniędzy. Pokazałam kurtkę, która została uszyta w jednym egzemplarzu. Zrobienie zdjęcia, na którym jest piękna dziewczyna w plenerze - zrobiłam je nad Wisłą - trwało 15 minut. Nie było fryzjera, ani wizażystki. Chciałam tym samym powiedzieć klientkom, które kupują moje rzeczy w Garażu, a ja je pakuję w szary papier, że to jest warte milion razy więcej. Dlatego też z moim „wędrującym sklepem” pokazuję się w różnych pasujących do mojej filozofii miejscach. Nie daję ciuchów do sklepów multi-brandowych, wolę miejsca nie związane w oczywisty sposób z modą.

 

Byłaś na wakacjach?

MB: Byłam pierwszy raz od pięciu lat. Nigdy nie byłam z mężem i dziećmi, to jest pierwszy raz. Te najcudowniejsze wakacje w moim życiu, spędziłam nad polskim morzem, w magicznym miejscu - Stilo. Cały tydzień. Nie było szans na więcej, wakacje to pełnia sezonu. Ale mam co tydzień mikro wakacje. Mąż jest z Podhala, z Bukowiny, więc tam spędzamy weekendy.

 

Jesteś jednak pod każdym względem nietypowa.

MB: Nie, myślę, że nie. Tylko niektórzy trochę później się o tych najważniejszych rzeczach dowiadują.

 

Kim jesteś dziś?

MB: Jestem projektantką. Dawniej nie ośmielałam się tak o sobie mówić, nie miałam skończonej żadnej szkoły artystycznej, nie znałam się na szyciu, konstrukcji ubrań. Nauczyłam się tego wszystkiego tworząc BOHO. W tym miesiącu dostałam nominację do ELLE STYLE Awards, nie jako marka, nie jako projektant, tylko w kategorii Odkrycie roku, jako "moda na zwykłe życie, za którym wszyscy tęsknią". To wyróżnienie ma dla mnie ogromną wartość.

 
*Małgorzata Bochenek, projektantka, rocznik ’87, założycielka marki BOHO, od 2005 r. mieszka w Krakowie z mężem i dwójką dzieci.
 
Więcej: butik BOHO, fanpage BOHO
 
 
 
 
 
 
 
 
 
x

Subscribe to our mailing list

*indicates required