19.02.2015

KRAKÓW: Sekretne życie roślin. Rozmowa z Ewą Goral

Mama załamywała ręce widząc, jak kolejna ryza papieru znika pod naporem kredek i farb. Zbankrutujemy przez ciebie - biadoliła - i z westchnieniem kupowała następną.  I tak jest do dziś, ręce Ewy są cały czas zajęte rysowaniem, nie potrafi ich tak po prostu trzymać na stole. Ewa Goral, nieprzeciętnie zdolna, genialny samouk, porzuciła krakowską Akademię Sztuk Pięknych, aby... malować.

Przepraszam cię, ale będę w ruchu - uprzedza Ewa na progu pracowni - mam malarskie ADHD. Nie potrafię siedzieć w miejscu i nic nie robić rękami. Pracownia jest mała: mam wrażenie, że ogromne obrazy , buzujące kolorami i falujące roślinnością, rozsadzą ją od środka, a żarłoczne rośliny o spiczastych zębach pożrą mnie żywcem.

Z Ewą Goral w jej “naturalnym środowisku” rozmawia Kasia Pilitowska.

 

 

Kim chciałaś być, jak byłaś mała?

Chciałam malować.

Zawsze?

Malowałam od dziecka. Zamalowywałam tony kartek ku rozpaczy mojej mamy. Wydawała mnóstwo pieniędzy na kolejne ryzy papieru. Nie potrafiłam się zatrzymać, jak już wzięłam ołówek czy pędzel do ręki to malowałam, aż skończyły się wszystkie puste kartki. Niestety nic się z tamtych czasów nie zachowało.

Co było potem?

Poszłam do liceum ogólnokształcącego o profilu plastycznym, gdzie okazało się, że są dwie godziny plastyki tygodniowo. Rozpłakałam się. Powiedziałam mamie, że więcej tam nie pójdę. Po dwóch miesiącach znalazłam się w liceum plastycznym w Nałęczowie. To jest jedyne liceum, gdzie szyje się ręcznie zabawki i robi meble. Po prostu znalazłam artykuł w gazecie, że jest takie liceum na końcu Polski i pojechałam.

 

 

Co tam robiłaś?

Pluszaki i zabawki w drewnie, na przykład samochodziki, kocki. Lubiłam to miejsce. Byłam sama, z dala od rodziców i robiłam to, o czym marzyłam. Tto były nieustające kolonie! Skończyłam liceum z trójami ze wszystkiego i z wyróżnieniem z malarstwa. Wróciłam do Krakowa i nie miałam pieniędzy, żeby studiować na Akademii Sztuk Pięknych. Poszłam więc do pracy do agencji reklamowej.

Przyjęli cię do pracy a etat, przecież miałaś 19 lat!

19 lat, żadnego doświadczenia, i parę rysunków w portfolio. Mój pracodawca powiedział, że wie, że nic nie umiem, ale mam potencjał i dał mi te pracę. Uczyłam się grafiki komputerowej, projektowania graficznego. Praca z komputerem jako narzędziem w tworzeniu mnie zachwyciła. Po dwóch latach poczułam, że mogę iść na studia, ale pracy nie rzuciłam.

Kolejny etap edukacji, potrzebny?

Zaczęłam studiować malarstwo. I rozczarowałam się, i to jak bardzo! Właściwie powinnam była się tego spodziewać, bo ja zaczęłam odwrotnie niż wszyscy, najpierw zaczęłam pracować, a potem poszłam na studia. W pracy to ja byłam osoba zarządzającą, kierowałam projektami i byłam za nie odpowiedzialna. Po czym poszłam na studia i byłam traktowana jak dziecko. Zrozumiałam, że ten cały blichtr, ci sławni profesorowie nie byli mi do niczego potrzebni, ani ten papierek. Obecnie kontakt ze środowiskiem akademickim, ale już na innych zasadach: partnerstwa, a nie podległości.

 

 

Jak wygląda twoje życie?

Zawsze miałam skłonności do pracy przez 24 godziny. W pracy w agencji fascynowały mnie i wciągały bez reszty nowe programy graficzne, mogłam projektować i zapominałam o czasie. Teraz już to umiem, ten świat przestał być dla mnie odkrywczy. Każdą wolną chwilę poświęcam malarstwu, mogłabym tu siedzieć i malować bez końca, od rana do wieczora, od zmierzchu do świtu. Dzięki temu, że nie skończyłam Akademii, a zaczęłam pracę na własny rachunek, zdobyłam kilku stałych zleceniodawców. Mogę robić to, co kocham. Kończę jeden projekt i biorę pędzel do reki.  

Nie pokazujesz często swoich prac.

Tym rządzi przypadek. Rzeczywiście, nie dbam o to, nie potrafię. Kiedyś zrobiłam sobie listę galerii i postanowiłam je wszystkie obdzwonić i zaproponować moje prace. Po pierwszym telefonie zrezygnowałam. Moja działalność marketingowa ogranicza się do pokazywania prac na blogu i na Facebook’u. Dzięki blogowi zostałam zaproszona do Londynu na Festiwal Kwiatów, aby pokazać w naturalnej roślinnej przestrzeni moje obrazy. Potem odezwało się kilka galerii, ktoś kupił moje prace. Nie robię obrazów na zamówienie, jeśli ktoś decyduje się je kupić, to wybiera poprzez bloga.

 

 

Jak to się stało, że twój obraz trafił na torbę znanego projektanta Macieja Muszyńskiego z MIMA bags?

Wiesz, nie do końca wiem, jak to się stało. Nie znam Maćka, nigdy z nim nie rozmawiałam. Ktoś mu pokazał moje prace i widocznie tak mu się spodobały, że zamieścił je na jednej z jego unikatowych toreb. Cieszy mnie to, bo wiem, że to, co robi jest wyjątkowe, ale przede wszystkim pokazuje, że prace młodych artystów wcale nie kosztują miliony i można je kupować, kolekcjonować. Ubolewam nad tym, że w Polsce nie ma zwyczaju, żeby inwestować w prace mniej znanych artystów.

Czy pokazywałaś swoje prace w Krakowie?

Nie. Chciałabym je pokazać w przestrzeni do nich pasującej, w ogrodzie, szklarniach Ogrodu Botanicznego, w lesie. Nie znalazłam takiej galerii. Poza tym zmienił się mój styl malowania. Po podroży do Indii, zainspirowana tamtejszą kulturą, malowałam postacie. Teraz moją wyobraźnią zawładnęły rośliny, częściowo spersonifikowane. Wydaje mi się, że moje obrazy są dla Polaków zbyt kolorowe, zbyt dekoracyjne, zbyt dziwaczne...

 

 

Twoje rośliny mają zęby, oczy...

W przyrodzie na pozór panuje chaos, ja staram się na moich obrazach to uporządkować. Rośliny komunikują się ze sobą, prowadzą życie, takie jak my, czują zapachy, widza światło, reagują na bodźce, na dźwięki, przemieszczają się. Istoty żyjące kojarzą nam się z oczami, zębami, rękami, tak więc moim roślinom też ich użyczam.  Czerpię wiele inspiracji z przeszłości , wśród których można znaleźć klasyczne dzieła filozofa, biologa i podrożnika Ernsta Haeckela, jak i bardziej nowoczesne np. psychodeliczne reprezentacje przyrody z klipu „At Delph” kalifornijskiej grupy Sun Araw w reżyserii Camerona Stallone i Daniela Brantley. Nie pokazuję życia kwiatów w wazonie, fascynuje mnie „tajne” życie flory, jej mroczna strona. Zaczęłam chodzić na wykłady etnobotaniczne Marka Styczyńskiego, poznałam niezwykłego profesora Andrzeja Chlebickiego, mykologa, który opowiada o życiu grzybów, jak o ludzkim świecie. Znalazłam się w kręgu ludzi, których tak jak mnie fascynuje życie roślin. Ja czerpię od nich wiedzę na ten temat, oni uważają, że moje malarstwo znakomicie ją interpretuje, bo robię to intuicyjnie. Ciekawi ich to, jak ją ją postrzegam, jako artystka i laik w tej dziedzinie. W życie roślin możesz wchodzić coraz głębiej i głębiej i zawsze pozostają przed tobą światy do odkrycia.

 

 

 


 

 

Okrągłe obrazy Ewy Goral  z cyklu „Organic” byly pokazywane we wrześniu 2013 r. w Londynie na wystawie w UNIT24 GALLERY i już nie powróciły do Krakowa. Część z nich sprzedała się na pniu i pewnie dziś jest ozdobą niejednej kolekcji anglosaskiego marszanda. Pozostałe zostały pokazane na 41. Biennale Malarstwa „Bielska Jesień 2013”.

 

Zdjęcia prac pochodzą z:

ewagoral.tumblr.com

www.facebook.com/goralewa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
x

Subscribe to our mailing list

*indicates required