24.08.2015

KRAKÓW: Kulinarna randka w ciemno

Jak to tak: przyjść do kogoś nieznajomego, siąść przy stole z innymi nieznajomymi, których ani imion, ani wieku, ba, nawet narodowości, się nie zna? I po prostu czuć się dobrze?  Co więcej - zjeść smacznie? Pomysł klubów kolacyjnych rozpoczął erę jadania właśnie w taki sposób i szybko stał się alternatywą dla restauracji. Zero nabzdyczonych kelnerów, zawyżonych rachunków i marnego jedzenia za niewspółmiernie duże pieniądze. I żadnych stoliczków, tylko wspólny stół, dzielony z kucharzem. Brzmi jak bajka? To posłuchajcie.

 

 

Dom Marty stoi przy alejce prowadzącej na Kopiec Kościuszki. Wspinając się chodnikiem, mijamy drewnianą kaplicę św. Małgorzaty na wzgórzu św. Bronisławy, biały kościół parafialny Najświętszego Salwatora,  stare, przedwojenne wille zwierzynieckie otoczone tajemniczymi ogrodami, i nielicznych spacerowiczów o tej porze. Ogromna kuchnia jest równocześnie galerią sztuki i lamusem najdziwniejszych bibelotów. Z obrazami, rzeźbami i grafikami żyją w harmonii dwie gumowe Godzille, drewniane koniki, góralskie krzesła pomalowane na różowo i słoje z piklami. Jednakże niepodzielnie w tym niezwykłym miejscu króluje piękny drewniany stół, przy którym zmieścić by się mogło ze dwadzieścia osób. Gdy siadam, dostaję szklankę orzeźwiającej lemoniady z sokiem z kwiatów czarnego bzu i Martowej produkcji lody w trzech smakach z polewą z czarnych porzeczek.

 

 

Marta Firlet-Bradshaw jest rzeźbiarką, ale dziś mówi o sobie: kucharka.

“Cały czas jem -  śmieje się. - I gotuję! Jest świetnie! Nie czuję się zdegradowana, zawsze siedziałam w garach, i w liceum, i na studiach. Dokarmiałam, gotowałam. Teraz prowadzę redakcję Krakow Post i Cracow Life i nic się nie zmieniło. Wręcz przeciwnie, czuję się na swoim miejscu. Mam wrażenie, że gdyby babcia Honorata zmartwychwstała, to też by tak powiedziała. Zastanawiałam się, zanim jeszcze założyłam ten portal, czy dobrze robię, bo odkryłam się zupełnie. Choć przez te 13 lat poznałam mnóstwo  ludzi, to jednak to jest coś zupełnie innego. Kuchnia to jak sypialnia. Jak znajome panie z placu targowego mnie zobaczyły, a przeczytały wcześniej ze mną wywiad w gazecie, to tak się ucieszyły, że jestem taka jak one: „A, to pani gotuje!”.  Do tej pory to miały mnie za jakąś “ważniarę”- dziennikarkę. Powinno się robić to, co się kocha, bo wtedy robi się to dobrze.”

Na pomysł organizowania kolacji i śniadań, gdzie lokalsi gotują dla przyjezdnych, Marta wpadła nie tak dawno, podczas podróży do Kazimierza nad Wisłą.

“Odwiedzaliśmy z mężem kolejne piękne miasta jak Sandomierz, Tarnów i chcieliśmy po prostu zjeść coś lokalnego, ugotowanego ze świeżych produktów. Skosztować dań, które stanowią tradycję kulinarną  danego miejsca. Ale to, co nam serwowano okrutnie nas rozczarowało. To był weekend, wszędzie tłumy, trudno było znaleźć wolny stolik, w końcu w brzydkich wnętrzach restauracji podano nam zdechłego kotleta za kupę kasy.”

Rozczarowana i zniechęcona, odpoczywając nad jeziorem koło jakiejś wsi pomyślała, patrząc na drewniane chałupy, że najchętniej poszłaby do pierwszego domu i zjadła to, co jedzą gospodarze. Przy ich stole, w otoczeniu rodziny. Ale też głupio byłoby tak do obcych drzwi pukać. - Jak do nich dotrzeć? - zastanawiała się. I tak narodził się pomysł na stworzenie portalu Eataway, czyli biesiadowanie z lokalsami w ich mieszkaniach.

“Moja pierwsza kolacja była jak Wigilia, przygotowałam dwanaście potraw! - opowiada Marta. - Dla mnie ogromnie ważna, bo postanowiłam nie tylko ugotować coś dla obcych zupełnie ludzi, ale podzielić się też moją prywatnością. Oddać krzesła, na których do tej pory siedzieli najbliżsi, miejsca przy stole i moje kuchenne sekrety, tym, których nawet nie znałam. Ale właśnie o to chodzi:  idea eataway łączy ludzi, dla których jedzenie nie jest formą zarobku, ale potrzebą dzielenia się pasją i sobą samym.”

 

 

Nastają stare-nowe czasy, w których anonimowość odchodzi do lamusa, także jeśli chodzi o tworzenie usług. Wraz z nowymi technologiami możemy korzystać z nich w zupełnie innej formie. Nawiązujemy bliskie relacje, oparte na zaufaniu i nieformalnej wymianie umiejętności. Ktoś wozi cię swoim czyściutkim samochodem zamiast taksówką, w dodatku nazywa się Jacek i skończył architekturę. Ktoś robi katering na wesele, nie prowadząc wcale restauracji, i piecze najlepsze bezy na świecie. Ktoś wyprowadza psy za właścicieli, w miejsca, które czworonogi lubią najbardziej. Ludzie korzystają z takich ofert coraz chętniej. I owszem, są podejrzliwi, ale też i ciekawi, czy będzie to lepsze niż to, co dostają zazwyczaj.

Jak działa Eataway? Bardzo prosto. Gdy masz ochotę coś zjeść - śniadanie, obiad bądź kolację - po prostu wchodzisz na portal i sprawdzasz najbliższe terminy. Wybierasz dom, kucharza, opłacasz niewielką kwotę… i już! Meldujesz się na domowym posiłku, poznajesz nowych ludzi, smakujesz dania i atmosferę. Jest w tym spora dawka komfortu (na stronie możesz sprawdzić opinie na temat kucharza i sposobu, w jaki gotuje) z nutką kulinarno-towarzyskiego hazardu - ostatecznie nie wiesz, na co i na kogo trafisz.

Zazwyczaj jest tak, że biesiadnicy tak się polubią i zadomowią, że na stole ląduje wszystko, co jest dumą gospodarzy: własnej roboty pikle, konfitury, nalewki. Menu jest wcześniej określone, ale podlega spontanicznym modyfikacjom.

 

 

Ale: jeśli ktoś ugotuje nie najlepszą kolację, musi liczyć się z tym, że dostanie adekwatną do jakości opinię i trudniej będzie mu zachęcić kolejne osoby. Ważne jest, by być wiarygodnym. Dlatego Marta pojawia się na każdej kolacji i śniadaniu. Potem wizytującymi są sami kucharze. - Chcemy dzielić się życzliwie naszymi uwagami podczas regularnych spotkań i wymienić umiejętnościami. Jeśli dobrze piekę, mogę komuś pomóc w przygotowaniu deseru -  dodaje Marta.

Poznaję Igora. Ma najwięcej po Marcie entuzjastycznych recenzji. Razem z Martą będą przygotowywali kolację na kilkanaście osób. Z okien jego kuchni widać Plac Szczepański, a w jadalni patrzą na ucztujących lemury objadające się owocami, zamknięte w starych freskach.  Igor, na oko dwudziestokilkulatek, gotuje od dwóch miesięcy, ale podkreśla, że każdy posiłek jest dla niego tak samo ważny, jak ten pierwszy.

 

 

Co dziś ugotujesz?


Igor: Dziś będzie polski wieczór. Miał być kurczak w winie, ale zrobię kotleciki drobiowe w panierce z tłuczonych ziaren kolendry, podam młode ziemniaki z masłem, a do tego  buraczki z konfiturą malinową własnej roboty. A na deser będzie tarteletka z crème pâtissière i świeżymi owocami, które lekko karmelizuję. Zazwyczaj robię szarlotkę, ale letnie owoce trwają tak krótko.

 

Skąd czerpiesz pomysły?


Igor: Myślę sobie, co ja chciałbym zjeść i to robię. Czasem Marta mi podpowie, bo często goście na innych kolacjach opowiadają o tym, czego chcieliby w Polsce skosztować. I tak zrobiłem ostatnio żurek. Okazało się, że na indyjskiej kolacji spotkali się ludzie, którzy wszędzie gdzie są, kosztują dań ze sfermentowanej mąki czy też zbóż.

Marta: Bo wiesz, to, co nam wydaje się nudne, dla innych jest marzeniem. Mnie wychowała kulinarnie babcia Honoratka, dobrze gotowała i stół musiał być suto zastawiony. Nie było żadnych zagranicznych udziwnionych dań. Lepiłyśmy setki pierogów i smażyłyśmy dziesiątki sznycli jak dla pułku żołnierzy. Ja mam problem z restauracjami, nie przepadam za hotelami, nie lubię tego szpanu, przebierania się. Wolę swobodę, dlatego lubię gotować po polsku, szczodrze, z sercem i u siebie w domu.

 

 

A sprawdzacie ludzi, których przyjmujecie?

Marta: W dzisiejszych czasach prywatność prawie nie istnieje, nawet jeśli nie masz Facebook’a. Ludzie najczęściej piszą, że mają zajawkę na gotowanie. Była tu Amerykanka z synem, on jest profesjonalnym kucharzem. Zbiera przez kilka dni zamówienia na jedzenie typu take away, a potem gotuje i rozwozi, a raz w tygodniu gotuje w domu. Ja też lubię, mimo, że sama gotuję, pojechać za granicę, poznać lokalsów i zobaczyć jak i co jedzą. Mój portal ma to ułatwić, aby ludzie wiedzieli, co gotuje się na całym świecie. Nie chcę ograniczać się do jakiejś określonej kuchni. Chcę, żeby w Krakowie sąsiedzi gotowali sąsiadom, Hindusi Polakom, Polacy Francuzom.

 

Czyli to nie jest rzecz dla turystów?


Marta: Nie, zupełnie nie! To ma być projekt łączący przede wszystkim ludzi, którzy chcą zjeść. Łączący nie tylko turystów z lokalsami i nie tylko w Krakowie, ale i w Warszawie, Gdańsku, w całej Polsce i - oczywiście w planach - na całym świecie. Pojedziesz w delegację do Bydgoszczy i zamiast błąkać się w poszukiwaniu dobrej kolacji czy obiadu, wejdziesz na eataway i umówisz się na domowy posiłek. Ten projekt będzie miał wiele aspektów. Kombinuję, jak połączyć np. panią, która gotuje, tak, jak lubi starszy chory pan, z osobą, która mu  to jedzenie doniesie. Nie ma takiej platformy i zawsze kończy się na zamówieniu pizzy na dowóz. Gdybym wiedziała, że na mojej ulicy jakaś Zosia gotuje świetny rosół, to bym u niej go zamówiła. Przed nami długa droga, aby strona Eataway tak działała.

Igor: Pamiętam na mojej komunii kobietę, która gotowała jedzenie podczas uroczystości. To nie była profesjonalna kucharka. Ale do dziś wspominam smak rosołu na kaczce, który wtedy ugotowała. Gęsty, złocisty, aromatyczny. Była słusznej postury i lubiła przed robotą wypić kieliszek wódki, ot tak, dla dobrego smaku. Miałem wrażenie, że ona cały czas gotuje, robiła wspaniałe pierogi z kaszą gryczaną i podsmażaną kiełbasą, paszteciki, knedle i wiśniową zupę. Uwielbiałem przyglądać się jej pracy.

 

 

A skąd się tu Igorze wziąłeś?


Igor: Pracowałam trzy lata w restauracji. Trochę jednak mnie nudziło siedzenie w knajpie i gotowanie wciąż tych samych dań dla ludzi, których się nie widzi. I nie ma to znaczenia, czy to kuchnia w trzygwiazdkowej restauracji czy w zwykłym bistro, bo wszystko można zrobić dobrze lub źle. Można natrzeć kebab prawdziwymi ziołami, a można zawinąć w kapustę pekińską. Zgłosiłem się do eataway. Na początku gotowałem w mojej malutkiej kawalerce dla czterech osób. Tu, w tej jadalni podałem pierwszą kolację osiemnastu osobom! Potem odwiedził mnie znany recenzent kulinarny. Ale nie miałem spiny, mimo, że menu wydawało się oczywiste. Wiedziałam, że tu nie przychodzi się tylko po to, żeby się najeść, ale dla atmosfery, spotkania z ludźmi, dla czegoś więcej niż jedzenie. Muszę jednak wrócić do stałej pracy, bo to nie daje mi możliwości utrzymania. Widziałem ogłoszenie w jednej z cukierni, że szukają ucznia, a ja lubię piec słodkie, może tam pójdę.

 

Dzielicie się przepisami?


Marta i Igor, chórem: Tak! Nie mamy tajemnic. 

Marta: Ja opowiadam ze szczegółami, a niektórzy goście notują.

 

 

Pytam więc Igora o przepis na jego słynne buraczki.

"Obgotowuję ja kilka minut, muszą być małe, trę, potem smażę na maśle z solą, cukrem i pieprzem, czasami dodaję cebulkę. A na końcu dodaję kilka łyżek moich konfitur malinowych i lekko karmelizuję."

 

W filmie „Uczta Babette”, francuska była szefowa paryskiej restauracji, urządza wystawną kolację dla mieszkańców purytańskiej duńskiej wioski, w której znalazła się, uciekając przed rewolucją francuską. Podaje zupę żółwiową, bliny z kawiorem i swoją specjalność - przepiórki w sarkofagach. Za sprawą uczty, w jej gościach, którzy na co dzień żywią się chlebem i rybami, gardząc uciechami zmysłów, dokonuje się metamorfoza – uśmiechają się , śpiewają, a jedzenie zaczyna sprawiać im radość . Nie inaczej jest dzięki Eataway. Wspólny stół jednoczy ludzi, zmienia rzeczywistość i spowalnia czas.

 
 
 
 
 
 
 
 
Więcej informacji i bieżące menu: eataway.com oraz FB/eataway
 
Tekst: Kasia Pilitowska
Foto: Eataway
 
 
 
 
 
A dla wytrwałych czytelników-łasuchów, którzy dotarli aż tutaj, niespodzianka ;) niezawodny przepis Marty na rabarbarowo-jabłkowe crumble!
 
x

Subscribe to our mailing list

*indicates required